poniedziałek, 27 lipca 2015

Historia Jimono i Sziran .2.

   W obozie zapanował istny chaos. Od kilku godzin byłem przepychany z kąta w kont przez różne Nimfy, każda z nich chciała wyruszyć ze mną na pierwszą linię frontu- całe szczęście, nieliczni panowie zachowali więcej rozsądku. Dumni Nimfowie z wysoko podniesionymi głowami nie mieli zamiaru zniżać się do poziomu natrętnych kobiet. Byli pewni że wybiorę choć kilku z nich, w końcu tak jak ja, potrafili posługiwać się wieloma umiejętnościami jednocześnie, podczas gdy kobiety, rodziły się tylko z jednym talentem.
   Gdy miarka się przebrała, a irytacja wzięła górę nad rozsądkiem, wrzasnąłem na wszystkich by się odsunęli.
   - Zachowujecie się jak dzieci! To już nie jest nasza wyspa, to stały ląd, na którym nie chroni nas żadna bariera! Macie ustalić między sobą, kto najlepiej posługuje się wiatrem, błyskawicami, śniegiem i lodem. - wskazałem ręką na słońce - gdy tarcza zajdzie, mam widzieć przed sobą dwóch mężczyzn i cztery kobiety, którzy pójdą razem ze mną. reszta zostaje.
   Wszyscy krzyknęli na znak, że dotarły do nich moje słowa. Prawdopodobnie utworzą małe pole walki i za pomocą krótkich sparingów wytypują zwycięzców. Choć nie miałem wątpliwości, którzy mężczyźni będą mi towarzyszyć.
  Wertil jest ich liderem, a Kelo zastępcą.
  Z kobiet wyruszy Sziran. Na razie jestem pewny tylko tego. Nie wiedziałem jak Nimfy będą walczyć gdy znajdą się pod presją. Kto wie, może po zmroku pod mój namiot przyjdą trzy zupełnie mi nie znane wojowniczki?
   - Dowódcooo, ja też muszę walczyć?
   - Sziran, skarbie, oświeć mnie, o czym ja przed chwilą mówiłem?
   - Żeee musimy wybrać wspólnie, prawdopodobnie odbędą się walki, ale czy ja muszę? Przecież już mi pan pozwoooliiił!!!
    - Bo założyłem, że tworzysz najsilniejsze huragany. Udowodnij mi że się nie myliłem podczas walki.
    Moja adiutantka zrobiła buzię w ciup i tupnęła mocno. Najwyraźniej nie chciało jej się bawić z innymi kobietami, bo do tej pory ćwiczyła walkę wśród mężczyzn.
   Cóż, nie wszyscy dostajemy to czego chcemy.
    Wyszedłem z naszego obozu i skierowałem się do miejsca, w którym osiedliły się Żywiołaki.
    Ich dowódca- Haron- był nieobecny, pewnie omawiał plan ataku z Nikką, która lubiła jak się jej wszystko powtarza po sto razy.
   Spytałem się jednego z nich, kto wyrusza na linię frontu pod moim dowództwem.
    - Orkan i Kozui. - Odparł Żywiołak ziemi.
    - Tylko dwaj? To nie za mało? Ja biorę sześciu wojowników i osobiście będę pomagał w akcji, co ten Haron sobie myśli?
    - Panie Nimfo, proszę poczekać aż ich pan zobaczy. Wtedy zmieni pan zdanie.
    Żywiołak dosłownie zapadł się pod ziemię, zostawiając mnie samego. Do zmierzchu miałem jeszcze cztery godziny, postanowiłem wrócić do swojego namiotu i przygotować się na podróż.
   Nimfy zgromadziły się na arenie i prawdopodobnie bez opamiętania niszczyły wszystko w zasięgu wzroku... Ominąłem więc Arenę szerokim łukiem, nie chcąc się narażać na bezsensowny atak.
   W drodze do swojej siedziby nie spotkałem ani jednej żywej duszy, dopiero gdy znalazłem się pod swoją kwaterą, zauważyłem dwa ogromne wilkołaki.
   - Mogę w czymś pomóc? - Dryblasy spojrzały na mnie jak na debila - No wiecie, to mój namiot i tak dalej...
   - Przywódczyni Kręgu oczekuje powrotu. - powiedział jeden z nich- Po prostu jej pilnujemy.
   Wzruszyłem ramionami i wszedłem do namiotu. Nikka siedziała na ziemi pochylona nad moją ozdobną zbroją do walki. Różniła się od stroju generalskiego jaki mi przydzielono- była idealnie dopasowana do mojego ciała- Przepaska sięgała do kostek, była wykonana z żaroodpornej tkaniny, w którą wpleciono syrenie i smocze łuski, gruby pas ze skóry, naramienniki z elfickiej stali, wyglądają delikatnie, ale są niezwykle mocne. Ochraniacze na łydki i ramiona z elastycznej stali, idealnie dopasowujące się do właściciela i hełm- wykonano go na podobieństwo maski Demona. Czarny i mroczny zastraszał każdego wroga, który stanął naprzeciwko mnie.
   - Niezły sprzęt, ja mam tylko przepaskę do zmian i napierśnik ze smoczej łuski. Uwierzysz, że Veron dał sobie wyrwać na niego osiem łusek?!
   - Niesamowite poświęcenie z jego strony, co tam u ciebie? Dawno nie rozmawialiśmy siostro. - Uśmiechnąłem się, gdy zaczęła z zapałem opowiadać, żywo przy tym gestykulując.
   Tęskniłem za rozmowami.
   Podczas wojny Nikka nie miała na nie czasu.

                                                                           ****
   Gdy zapadł zmrok, Kotołaczka wróciła do swoich obowiązków, a ja wyszedłem przed namiot- oczekując na przybycie wojowników.
   Dwóch Nimfów już stało opartych o skrzynie z prowiantem. Tak jak się spodziewałem, Wertil i Kelo, nierozłączna dwójka śniegowych nimf.
   Cztery kobiety kazały na siebie czekać aż kilka godzin, najwyraźniej wśród kobiet rozgorzała prawdziwa mała wojna.
    Poobijane, zmęczone i w kompletnym nieładzie- Sziran, Dirra i dwie nimfy których nie znałem, ale wyglądały na panujące nad deszczem.
   - Jestem Kropla, a to moja matka Ulewa. Obie będziemy odpowiedzialne za deszcz.
   - Ja oczywiście przywołuje huragan, prawda dowódcooo?
   - Ja będę przywoływać grad - Dirra wlepiła spojrzenie w swoje stopu i pogładziła rogi, jakby była zakłopotana.
    - My będziemy odpowiedzialni za śnieg - rzekł Wertil - i mam nadzieję, że wyruszamy jeszcze dzisiaj. Nie mam zamiaru czekać, aż kobiety doprowadzą się do porządku.
   Arogancki dupek. Nie umie się chyba zachować, ale no cóż, to jeden z Nimfów, cenny wojownik, pewnie wychowano go pod kloszem "Jesteś wspaniały, najlepszy, jedyny i niezastąpiony"...
    - To świetnie, możesz wyruszyć już dziś Wertilu! Na wyspę Nimf. Naucz się pokory wobec dowódców, bo tak się składa, że ja mam zamiar poczekać na nasze urocze panie, bez których ten atak nie ma sensu.
    - Jimono, słuchaj, kiedyś byłem lepszy od ciebie i nie wiem czemu niby ty tu dowodzisz, nie obchodzi mnie czy uwiodłeś tą kupę sierści, by załatwił ci stanowisko...
    Tego było za wiele. Bez zastanowienia zacząłem po cichu śpiewać modlitwy do natury. Trawa i pnącza oplotły go całego, piach wcisnął się między wolne miejsca, drzewa nachyliły się nad uwięzionym Nimfem i utworzyły kopułę, z której nie sposób było się wydostać. Z uśmiechem na ustach dokończyłem pieśń pochwalną do chmur, przywołując czarne obłoki nad tym pięknym więzieniem.
    - Ściśnięty i mokry mniej się odzywasz, podoba mi się to. Kiedyś może byłeś lepszy, ale te czasy należą już do przeszłości. Kelo, bądź tak miły i znajdź innego Nimfa który specjalizuje się w przywoływaniu śniegu. Nie toleruje takiego zachowania.
   Machnięciem ręki odesłałem trawy, piach, drzewa i chmury. Nimf upadł na kolana i zaczął pluć zieleniną na prawo i lewo. Najwyraźniej tworzę lepsze więzienia niż się spodziewałem...
   - Ty.. jak śmiałeś...
   - Wiesz co, nie miej mi tego za złe, obrażanie mnie weszło ci już może w krew, z czystej dziecinnej zazdrości, więc to olewam, ale widzisz... - podszedłem do niego i chwyciłem go za róg, przyciągając jego twarz do swojej, tak, bym mógł mu szepnąć do ucha - Nikki nie waż się obrażać. Nigdy.
~~~~~~~~~~~~~
Autorka: Katarzyna Zduniak
Kelo, Kropla, Ulewa i Dirra:




Ulewa 
Kropla
Dirra

                             
Kelo

Historia Mariki i Maksymiliana .1.

~Wstęp~ 

- Marika? Na Bezimiennego, gdzieś ty się podziała?! - chłopak stał przed małym domkiem i rozglądał się po podwórku. Nigdzie nie widać było jego siostry. - Na boga, nie mów, że znowu mi wyjadasz marchewki ze szklarni... - mruknął cicho i poszedł w kierunki jeszcze mniejszej szklarni.
Żyło im się tu dobrze. Mały domek, szopa i chlewek, w którym są kury. Z dala od obcych. Czasem przeszedł wędrowiec, wtedy z chęcią zapraszali na nocleg do szopy, która nie była duża, ale w której było dość miejsca na spokojny sen.
- Marika, błagam, zostaw te marchewki - odezwał się uniesionym głosem stając w wejściu.
Marika odwróciła głowę w stronę brata. Siedziała po turecku plecami w jego stronę. Uśmiechnęła się tylko i machnęła dłonią na znak, że ma podejść bliżej. Coś białego siedziało na kocu, który leżał na jej nogach. Zaciekawiony chłopak podszedł bliżej. Minęła mu cała złość.
- Skąd je masz? - usiadł, tak jak ona, na przeciwko niej.
- Ich też porzucili rodzice - pogłaskała białego króliczka. Drugiego wziął na ręce jej brat
- Kolejne żarłoki do wyjadania marchwi - westchnął. - Bierzemy je do domu. Nie zostawię ich z moimi warzywami.

- Jak je nazwiemy? Ten twój ma łatkę na prawym uchu, a mój na łapce - usiadła na materacu obok brata.
- Uszek i Łapek - zaczął się śmiać i dostał łokciem w żebro. - Ała no! To ja cię karmię, wychowuję, uczę, a ty tak mi się odpłacasz? Jutro ty gotujesz.
- Wiesz, przecież, że nie umiem!
- Pora się nauczyć - położył się na siostrze i ziewnął. - Idę spać. Dobranoc.
- Gnieciesz mnie swoim pięciometrowym cielskiem. Złaź!
- Mam tylko dwa - przekręcił się na bok.
- Tęsknię za mamą.
- Ja też.
- Dobranoc?
- Dobranoc.
~~~~~~
Autorka: Dusia 
Maksymilian i Marika: 
MAKSYMILIAN 

MARIKA

niedziela, 26 lipca 2015

Historia Kasanny .2.

   Za bramą spodziewałam się zobaczyć wiele rzeczy, ale nie to.
   Wszędzie stały stosy, otaczały Khewes jak drugi mur, ciągnęły się w nieskończoność- a na każdym z nich, walały się przypalone kości. Czaszka z rogami, pewnie była nimfą... O, a tamta przypomina psią, tylko jest dwa razy większa od przeciętnej- Pewnie wilkołak próbował uciec przemieniając się w chwili śmierci...
   Tylko mnie ten widok dotkną, ludzie przechodzili obok, nie zaprzątając sobie głowy czymś tak nie istotnym jak masowa egzekucja, której dokonano pewnie kilka dni temu.
   - Boże, daj mi znak bym się opanowała... - Bóg milczał.
   Zacisnęłam pięści i ruszyłam przed siebie, przepychając się między ludźmi. W myślach odmawiałam każdą modlitwę, której nauczyła mnie cyganka. Prosiłam o siłę i opanowanie, przecież nie mogłam się zmienić w takim miejscu. Rozszarpałabym kilka tych bezdusznych istot i co dalej? Pojmaliby mnie i spalili, może pomiędzy Nimfą, a Wilkołakiem...
   Naciągnęłam kaptur aż pod nos, moje oczy pewnie do reszty straciły ludzki wygląd. Kocie ślepia postrzegały przestrzeń inaczej, ludzie mieli dookoła siebie jasny zarys sylwetki, bruk pod stopami zioną chłodem- reagowały na ciepło, dlatego byłam tak dobra w łowach. Wcześniej pozwolono mi wyjść poza mury stolicy tylko dwa razy- zawsze wracałam z upolowanym jeleniem, zwisającym nonszalancko na moim ramieniu. Oczywiście, gdy widzieli mnie ludzie, to ciągnęłam to wielkie cielsko po ziemi, udając, że niezwykle się przy tym męczę... Wtedy zwykle ktoś podbiegał i mi pomagał. . .
   - Kasanna? - ktoś złapał mnie za ramię. Wzdrygnęłam się na dźwięk obcego głosu - Kasanno, nie poznajesz mnie?
    Wysoki blondyn górował nade mną o głowę. Wyglądał jak typowy wieśniak, który postanowił przyjść dziś na festiwal. Wielki, napakowany mięśniami i spocony...
   Spojrzałam  na natręta z zaciekawieniem, chciałam ocenić, jak szybko uda mi się od niego uciec...
   Ten jednak najwyraźniej czytał mi w myślach, bo zacisnął dłoń mocniej, niemal miażdżąc mi przy tym rękę.
   - Kasanno, to ja, Twój przyjaciel z dzieciństwa, poznajesz mnie teraz? - Spojrzał na mnie wyczekująco. Na jedną sekundę zobaczyłam jak jego źrenice stają się pionowe, jak tęczówka zmienia kolor...
    - Teraz Cię poznaje! Chodź, moja matka pewnie ucieszy się na twój widok! - Blefowałam jak jeszcze nigdy, czy na prawdę nikt tego nie zauważył?
    Chwyciłam go za nadgarstek i pociągnęłam za sobą. Dalej szłam na zachód, kierując się w stronę frontu. Do najbliższego ustronnego miejsca - Lasu Tysiąca Szeptów- pozostawała mila z kawałkiem, więc przyspieszyłam, chcąc się tam znaleźć jak najszybciej.
    Miałam wiele pytań do tego brutalnego bezczela. Skąd zna moje imię. Czemu mnie zaczepił, jaki ma cel, kim jest...
    Ale to musiało poczekać.
    Niebezpiecznie jest zaczynać tą rozmowę wśród ludzi, mogliby na nas donieść.
    A ja chciałam jeszcze trochę pożyć.
   - Wiesz, nigdzie mi się nie spieszy, możesz zwolnić...
   - Zamknij pysk. Jeszcze jedno słowo, a zacznę od ciebie UCIEKAĆ w tym momencie.
   Chyba załapał tą delikatną sugestię. Nie chciał bym się zdemaskowała przy wszystkich, więc przez resztę drogi truchtał za mną w milczeniu.
   Gdy dotarliśmy na obrzeża Lasu Tysiąca Szeptów, puściłam jego rękę i zaczęłam uciekać wgłąb, licząc na to, że zgubię niewygodnego towarzysza. Pytania pytaniami, mógł się okazać niebezpiecznym typem...
    Po drodze zaczęłam zrzucać z siebie ubrania, miałam zamiar przemienić się w Kotołaka w jak najszybszy sposób, zgubić go w lesie, wrócić po rzeczy i uciec w siną dal... Przemiana była błyskawiczna, mogłam zwiększyć swoje tępo.
   Gałęzie smagały moją twarz, podszycie drażniło poduszeczki łap, a ja niemal przewracałam się o własne nogi.
    Gdy miałam wrażenie, że już go zgubiłam, że mogę okrężną drogą wrócić po suknię, spodnie, koszulę i płaszcz...
   Złapał mnie za kark i przycisnął do ziemi całym ciężarem swojego ciała.
   Przestraszona jego siłą leżałam z szeroko otwartymi oczami. Był największym Kotołakiem, jakiego mogłam sobie wyobrazić. Przerastał mnie o dobre pół metra, a ja przecież mała nie byłam!
   Otworzyłam usta, by zawołać o pomoc, ale w tym samym momencie on nachylił się nade mną i...
   Ryknął mi prosto do ucha tak głośno, że oczy zaszły mi mgłą. Naprawdę, nieomal zemdlałam.
   - Skoro już przestałaś się opierać - odsuną ode mnie swój koci pysk - To zechciej mnie wysłuchać. Nazywam się Rhego, jestem jednym z dowódców Oddziału Wyzwolenia, pracuje dla Kręgu. Miałem cię wyciągnąć choćby siłą z miasta jakieś dziesięć lat temu, gdy zaczęłaś mniej więcej rozumieć kim naprawdę jesteś. Odkąd ci ludzie cię przygarnęli, byłaś obserwowana przez Zmiennokształtnych.
   - A-ale...
   -Nie przerywaj mi. - uciął - Zmiennokształtni mieli pilnować, byś nie ujawniła swojej tożsamości ludziom. A teraz nadarzyła się okazja, bym mógł Cię doprowadzić przed oblicze Nikki. Więc przeszedłem niemal sto mil, a ty mi chcesz uciec? O nie, niedoczekanie. Dasz się grzecznie zaprowadzić, albo zarzucę Cię sobie na plecy jak worek ziemniaków i nie będę zawrzał na Łowców. Czy to jasne?
    - J-jak słońce.
     Moja butność i arogancja uleciały bezpowrotnie.
    - I... Czy nie masz nic, co mogłabyś na sobie nosić po przemianie? Chociażby przepaskę, ponoć kobiety wstydzą się pokazywać swoje ciało, nawet gdy porasta je kocie futro.
    Jęknęłam w duchu, myśląc o tym, że przyjdzie mi spędzić wiele dni na wędrówce z tym gburem.
    To będzie męka...
~~~~~~~~~~~~~
Autorka: Katarzyna Zduniak
Rhego (Gbur xD):
Rhego jako Kotołak


Historia Alex'a .3.

   Jak dawno nie byłem w lesie. Zimą odcinają nas od wszystkiego zza muru, mówiąc, że to dla naszego dobra - coś mi nie wierzę. Tutaj panuje bezruch i cisza, zupełne przeciwieństwo sierocińca, lepiej się myśli i oddycha. Kocham ten spokój. Ale jest tylko pobieżny, wystarczy na chwilę się zatrzymać i zobaczyć, że dzieje się tutaj o wiele więcej niż w moim domu, rzeczy te jednak trwają w harmonii, co jest piękne.
- Nie powinieneś kłamać Alex- moją ciszę zakłócił gryf. Będzie mi teraz prawić kazania?
- Ty to zaproponowałeś wyjście - odpowiedziałem.
- Owszem ja to zaproponowałem, ale nie musiałeś odstawiać tego syreniego przedstawienia! - wkurzył się.
- Nie musiałbym jakbyś panował nad swoim głosem.
- Znowu zwalasz wszystko na mnie! A jakbyśmy znaleźli Theo, a nie Judith? Wtedy...
- Wtedy wszystko było by w twoich rękach, dobrze wiesz, że moje "sztuki" i "przedstawienia" działają tylko na kobiet - wtrąciłem - i mógłbyś nie krzyczeć? Mimo wszystko powinniśmy zachować ostrożność.
Grimmir spojrzał na mnie spod oka. Wiedział, że mam rację. Lekko poruszył skrzydłami.
- Idziemy nad staw?
- Po co? - całkowicie zbił mnie z tropu.
   Westchnął.
- Nagadałeś opiekunce, że idziemy po zioła. Jak myślisz co zrobi jak wrócimy bez nich?
- Będzie zła i nigdy więcej nie pozwoli nam wyjść - nie pomyślałem o tym.
- No właśnie, dlatego tam idziemy by mieć później w ogóle możliwość ponownego wyjścia - zirytował mnie tą wypowiedzią, miał do tego wyraźny talent.
- Niech Ci będzie - odpowiedziałem.
Idąc nad staw nie rozmawialiśmy. Każde z osobna wypatrywało potrzebnych nam ziół. Grimmir musiał uważać na gałęzie miał w końcu ponad 2 metry wysokości. Ja nie mam takich problemów moje 160 centymetrów sprawia, że mogę wcisnąć się prawie wszędzie. Innymi słowy gryf jest ode mnie o dwie głowy wyższy więc wyglądam przy nim jak mały dzieciak.
Prawie dotarliśmy do stawu wystarczy tylko wejść na polankę. 
   Nagle Grimmir chwycił mnie w pasie i pociągnął za drzewo zamykając mi usta swoją ogromną łapą. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem, a on wskazał głową miejsce do którego zmierzaliśmy. Poirytowany spojrzałem na polane. Po jej drugiej stronie stało pięć istot, wyraźnie przyciskali kogoś (lub coś) do drzewa. Doznałem olśnienia - to byli łowcy! A my prawie władowaliśmy się w ich pole widzenia, jakby nie ta postać już bylibyśmy martwi lub pojmani, ale oni byli całkowicie nią pochłonięci. Obiecałem sobie w duchu, że później podziękuję Grimmirowi. Jeden z nich uderzył istotę tak że upadła na ziemię. Obydwoje się w nią wpatrywaliśmy z lekkim niedowierzaniem była to nimfa słońca. Świadczyły o tym długie pomarańczowo-żółte włosy i rogi. Łowca z wściekłością wyrwał miecz z pochwy i wbił go w kobietę. Było oczywiste, że to ostrze zostało wykonane z berylu lub srebra. Chwilę na nią patrzyli, a potem szybko odeszli.
- Wynośmy się stąd - usłyszałem cichy szept gryfa w swoim uchu.
- Musimy jej pomóc - głos miałem cichy i spokojny. Spojrzałem na niego twardo niestety nie wyszło do końca tak jak chciałem bo się odsunął i musiałem mocno podnieść głowę.
- A co jak postanowią wrócić? Ona jeszc... Alex czekaj! - krzyknął za mną cicho, nie zamierzałem słuchać co ma jeszcze do powiedzenia. Nie chciał się zbliżać do nimfy to niech tam zaczeka albo wraca, nikt mu nie każe ze mną iść. Po kilku sekundach mnie dogonił.
- Zwariowałeś - wysapał, nie mógł za mną nadążyć, co za ironia. Ma takie długie nogi, a nie umie ich wykorzystać. Jego komentarz puściłem mimo uszu. Gdy dotarliśmy na miejsce starałem się obiektywnie ocenić sytuację. Krwi było dużo, bardzo dużo, a rana wyglądała na głęboką. Jak dla mnie nie miała szans na przeżycie - łowcy pewnie ocenili podobnie. Ukucnąłem koło niej i zamierzałem spróbować zatrzymać krwawienie. Nagle złapała mnie za rękę. A ja spojrzałem jej w oczy. Grimmir stał w pobliżu.
- Ty... ty... masz na i-imię Ale-Alexa... nder? - byłem w szoku gdy to powiedziała. Mówienie musiało sprawiać jej ból. Pokiwałem głową.
- Skąd znasz moje imię?
- Zna-znałam twoją m-matkę.
- Kim ona jest? Wiesz gdzie ją mogę znaleźć? Wiesz kim jest mój ojciec? - te pytania usta wypowiedziały zanim zdążyłem pomyśleć. Ona umiera, a ja zamiast jej pomóc to ją wypytuje. Bardzo mądre. Zanim zdążyła odpowiedzieć dodałem - zaraz weźmiemy Cię do sierocińca tam Ci pomog...
- Nie... nie ma czasu... t-twoja matka to... to syrena imie... niem Iri. J-jest w Radzie. A... twój oj-ojciec to Kapłan Bez-Bezimmienne... go. Oni, oni tam... Nie mo... żesz wró-wrócić do sieroci...
I umarła, na naszych oczach zmieniła się w złoty pył. Zawiał wiatr i powoli zaczął go porywać w stronę słońca. Nadal tam kucałem w zbyt wielkim szoku by się poruszyć. Moi rodzice prawdopodobnie żyli. A ja dowiedziałem się czym jestem i mogłem odnaleźć matkę. Ktoś położył mi rękę na ramieniu. Wzdrygnąłem się i spojrzałem za siebie.
- Alex, tam - wskazał ręką korony drzew zza których wyszliśmy - widać dym - Grimmir powiedział moje imię łagodnie, zbyt łagodnie. Skierowałem wzrok we wskazane miejsce i zerwałem się na równe nogi.
- Chodź musimy zobaczyć co się stało - powiedziałem. Miałem tylko nadzieję, że to nie z naszego to znaczy mojego domu wydobywa się ten dym. Biegliśmy przez las nie zwracając uwagi na gałęzie czy korzenie. Raz o mało nie skręciłem sobie kostki. Zza drzew wyłonił się sierociniec. Płonął. Nie bylem w stanie ruszyć się z miejsca. Grimmir był tak samo wstrząśnięty jak ja. Stałem tam i patrzyłem jak mój świat płonie... 
~~~~~~~~~~~~
Autorka: Zuzanna "Shinigami" 
Nimfa słońca: 
~Bezimienny, przyjmij ją do siebie~

sobota, 25 lipca 2015

Historia Alex'a .2.


   - Jak zwykle bujasz w obłokach, prawda Alex? - zaczepił mnie Grimmir, jak zawsze z uśmiechem na ustach. Ta mina powoli zaczynała drażnić moją osobę. Był młodym gryfem o czarnym upierzeniu i miał czerwone oczy. Ogromne skrzydła były złożone na placach. Zwykle nie zakładał na siebie nic, co mnie niezwykle frustrowało.
   - A co innego mam robić? Wiesz przecież, że z nikim się nie dogaduje - prychnąłem. Jestem niskim i drobnym chłopakiem. Mam 16 lat, białe włosy, bladą skórę oraz duże jasno-szare oczy. Moją szyję i brodę zdobi znamię. Niektórzy w pierwszej chwili biorą mnie za dziewczynę, ale co ja mogę na to poradzić?
   - Dogadujesz się ze mną, a z tego co mi wiadomo jestem "kimś" - mimo uśmiechu wydawał się być urażony. Wywróciłem oczami. - Dobra chodźmy już stąd. Może pani Judith pozwoli nam pójść do lasu - dodał. Dobrze wiedział jak lubię tam chodzić, ale...
   - Wątpię czy nam pozwoli - powiedziałem. I ruszyliśmy w stronę korytarza.

    Byliśmy w sierocińcu stojącym na małym wzgórzu w lesie. Miejsce to stanowiło dom zarówno dla mnie jak i dla dzieci oraz nastolatków z każdej rasy występującej w Arnorze. Ze względu na to prowadzenie go było nielegalne. Na każdym Dziecku Nocy nie ważne od wieku ciążyła kara śmierci. Mimo tego opiekunowie tego ośrodka - małżeństwo Juditch i Theo - nie zamierzało porzucić jego prowadzenia, ich priorytetem była ochrona nas - dzieci, których rodzice polegli podczas walk lub nie mieli warunków czy pieniędzy na nasze wychowanie. Budynek posiadał kilka pięter. Parter zajmowała ogromna sala będąca w stanie pomieścić wszystkich mieszkańców sierocińca odbywały się tam apele i wspólne posiłki. Niedaleko od tej sali znajdowała się kuchnia. Na tym samym poziomie był jeszcze gabinet małżeństwa. Pierwsze piętro zamieszkiwały małe dzieci od porzuconych noworodków do sześciolatków. Drugie zajmowali siedmiolatkowie, ośmiolatkowie, dziewięciolatkowie i dziesięciolatkowie. Trzecie jedenasto-, dwunasto-, trzynasto- i czternastolatkowie. Czwarte młodzież od piętnastu do osiemnastu lat. Na każdym piętrze znajdowało się kilka ogromnych pokoi wspólnych. Stały w nich rzędy trzy pietrowych łóżek, po jednej stronie dla dziewcząt, po drugiej dla chłopców. Sierociniec był otoczony murem mającym około 2 metrów wysokości, porastał go bluszcz. Wokół budynku była wolna przestrzeń porośnięta trawą nazwana przez nas "placem".
   Zejście z czwartego piętra trochę nam zajęło. Schody były kręte i strome więc mimo lat wprawy nadal musieliśmy schodzić ostrożnie. Co prawda Grimmir nie mieszkał w sierocińcu, ale bywał w nim dosyć często, aż dwa razy w tygodniu. Pomagał przywozić jedzenie, a potem je wypakowywać. Ja nie znam swoich rodziców i wychowałem się w sierocińcu, nigdy jakoś nie myślałem o ich odnalezieniu. Szczerze to nie jestem nawet pewny do jakiej rasy należę na pewno jestem spokrewniony z syrenami. Skąd wiem? Potrafię być naprawdę przekonujący, no i mam skrzela w komplecie z błonami u paców, i niewielką płetwą grzbietową.

   Wychodząc na dwór natknęliśmy się na grupę biegnących do środka dzieci. Prawdopodobnie wymyśliły sobie jakąś nową zabawę - typowe. Szliśmy powoli wzrokiem szukając któregoś z opiekunów. Pani Judith stała pośrodku pół okręgu siedzących dzieci i nastolatków cały czas gestykulowała opowiadając coś z ożywieniem. Stanęliśmy z boku również słuchając dobrze znanej nam baśni o Wspaniałym Rycerzu na Diamentowym Smoku. Obydwoje mimowolnie lekko się uśmiechaliśmy obserwując różne reakcje młodszego koleżeństwa. Gdy skończyła swoją opowieść, poczekaliśmy aż zostanie sama. Naszej prośby nikt nie powinien usłyszeć.
   - Przepraszam panią, możemy chwilę porozmawiać jeśli ma Pani czas? - zapytał poważnie Grimmir. Skąd mu się wziął ten ton? Brzmiał jakby stało się coś strasznego.
   - Ależ oczywiście - odpowiedziała lekko i uśmiechnęła się - Coś się stało?
   - Nie, oczywiście, że nie - Gryf wydawał się podenerwowany. A ja nie potrafiłem powstrzymać delikatnego uśmiechu - sam się wpakował.
   - Moglibyśmy iść do lasu? - spytał.
   - Moglibyśmy iść do lasu? - spytałem prosto z mostu. Za równo Grimmir jaki i Judith spojrzeli na mnie zaskoczeni.
   - Nie - powiedziała ostro opiekunka - to zbyt niebezpieczne zwłaszcza, że żadne z Was nie jest człowiekiem. Jak myślicie co się z wami stanie jak Was złapią łowcy? Czy wy w ogóle nie myślicie?    - ostatnie zdanie wysyczała. Była naprawdę rozzłoszczona tym pytaniem. To nawet lepiej będzie prościej. Spuściłem głowę udając, że to co do nas mówi do mnie trafia.
   - Przepraszam, nie powinienem pytać - mój głos drżał jakbym miał się rozpłakać, facet nigdy by się na to nie dał oszukać, ale kobieta to co innego. Uśmiechnąłem się w duchu. - Chcieliśmy nazbierać dla Pani rumianku i ziół na herbatę. Przepraszamy.
Grimmir starał się zrobić taką minę jakby to był naprawdę nasz pomysł, a nie historyka wyssana z palca. Niezbyt mu to szło. Opiekunka patrzyła na mnie, a po chwili powiedziała.
   - Dobrze, już dobrze. Tylko uważajcie na siebie i wróćcie przed zmierzchem.
   - Oczywiście! - odpowiedziałem wesoło i razem z Grimmirem ruszyliśmy do głównej bramy sierocińca.
~~~~~~~~~~~~
Autorka: Zuzanna "Shinigami"
Alex i Grimmir:
Alex
Grimmir

Historia Jimono i Sziran .1.

   - Panie dowódcooo.. Proszę się pospieszyć do jasnej cholery, ile można czekać! 
   Westchnąłem przeciągle i wlepiłem wzrok w sufit wielkiego namiotu, udając że nie słyszę jak moja adiutantka wydziera się na cały obóz. Próbowała mnie zaciągnąć na wcześniejszą dodatkową naradę wojenną. Nic z tego! Nie jestem tam przecież potrzebny! 
   - Panie dowódcooo... Mówią że nasz oddział będzie mógł w końcu połączyć się z Żywiołakami! 
   O, a to ci nowość, zaczęła kłamać... Sturlałem się z pryczy i upadłem na ziemię. Zacząłem słuchać jej pieśni i poprosiłem by mnie pokryła. 
   Podniosłem się i przyjrzałem swojemu ciału. Zostało pokryte glebą i kępkami trawy, ziemia ubrała mnie w stopniu wystarczającym, bym mógł przegonić młodą nimfę spod swojego namiotu. 
   - Sziran, skarbie - wyszedłem z namiotu i zmrużyłem oczy - byłabyś tak łaskawa i znikła, dopóki nie zacznie się narada wieczorna? 
   - Ale dowódcooo, ja nie kłamię, oni na serio nam pozwolili! Wzywają pana pilnie na naradę, i cytuję "ma się ubrać jak na dowódcę przystało, nie jest już u siebie, żeby latać ubrany w kieckę z trawy"... To był cytat, proszę się nie denerwować na mnie. 
    Zmarszczyłem brwi i prychnąłem z oburzeniem. Wszędzie musiałem chodzić w zbroi, zbroja mnie ogranicza! I co z tego że ją przystosowali, co z tego, że jest z giętkiej stali! Na Boga, przecież ja walcząc używam natury, nie miecza. 
    Odwróciłem się napięcie i wróciłem do namiotu. Na samym jego środku, stał ubrany manekin. ściągnąłem z niego lniane, krótkie spodnie, ochraniacze na nogi z elastycznej stali i lekką kolczugę. Hełm z otworami na moje rogi rzuciłem na pryczę i zacząłem się ubierać. 
   Na to wszystko naciągnąłem przepaskę z łusek smoka i płaszcz generalski sięgający kolan. Wyglądałem jak kretyn (to moja osobista sugestia) wolałem już paradować w samej przepasce, ale skoro nie mogę... 
    Na koniec założyłem hełm, uważając by nie powyrywać nim wszystkich włosów i nie zarysować rogów. Ułożyłem swoje białe kołtuny tak, by nie wpadały mi na twarz. przejrzałem się w lustrze i prychnąłem cicho. 
   - Ja jestem błaznem z Królewskiego Zamku czy wojownikiem? Do kroćset, nienawidzę tego... 
   Wymaszerowałem jak burza, nie oglądając się na moją szczebioczącą Adiutantkę. Jej sposób mówienia doprowadzał mnie do szewskiej pasji, pierwsze słowa zawsze przeciągała w głupkowaty sposób, siląc się na dziecinne brzmienie. Gdyby nie to, że jej umiejętności walki stoją na najwyższym szczeblu, to kopniakiem odesłałbym ją na wyspę. 
   W namiocie narad czekali na mnie inni generałowie i nasza Słodka Pani Nikka. Dziś jak zwykle prezentowała się nienagannie, włosy miała związane w gruby warkocz, umięśnione ciało odziała w czarny gorset i czarną przepaskę... CHWILECZKĘ! 
   - To ja mam się stroić jak paw, a ty sobie możesz latać na wpół nago?! 
   - Znaj swoje miejsce, czy ty wiesz do kogo mówisz?!- jeden z doradców Nikki poderwał się z siedzenia i był już gotów bronić honoru swojej pani. 
   - Cero, siadaj, To przecież Jimono, mój brat. Może się do mnie zwracać jak chce, gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj, więc to ty go teraz przeprosisz, a nie on mnie. 
   Cero łypną na mnie spod krzaczastych brwi i mrukną coś, co zapewne miało być przeprosinami. 
   Nie jestem prawdziwym bratem Nikki, ale już tak się przyjęło, że ja mówię do niej Siostro, a ona do mnie Bracie. 
   Nie mogłem liczyć na lepszy początek dnia. 
   - Ja jestem tak ubrana, bo w przeciwieństwie do ciebie latam po całym obozie, jak nie na smoku, to jako Kotołak. Ty masz jedną naradę w ciągu dnia, a ja pięć. Gdybym ubierała się w oficjalny strój, prawdopodobnie w połowie dnia mogłabym już wyciskać pot z jego strzępów. 
    Przyznałem jej rację, ja poza walkami, których było niewiele, nie miałem nic do roboty. Moja rasa znalazła się wraz z Żywiołakami i Rusałkami na piątej linii frontu. Byliśmy mniej... wojowniczy, przynajmniej większość. Używaliśmy siły natury, czyli mogliśmy wywołać sztorm, burzę, wichurę, tornado, grad, śnieg... No i ta walka wręcz. Nie miałem pretensji, że wylądowaliśmy prawie na szarym końcu, jako wsparcie. 
    Ale gdybyśmy mogli połączyć siły z Żywiołakami... Kilka tygodni temu wysunąłem pewną hipotezę. Co by było, gdyby Nimfa władająca mocą wywoływania śniegu, połączyła siły z Żywiołakiem lodu..?
    - Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą po co się tu zebraliśmy. Nakłoniłam radę z pierwszej linii frontu do zmiany zdania, ale musicie im pokazać na co was stać, czy to jasne?
   ...Otrzymalibyśmy Zamieć lodową. A gdyby do tej zamieci lodowej dodać deszcz? Marznący deszcz. A gdyby tą zamieć z marznącym deszczem wesprzeć za pomocą tornada? I tak dalej i tak dalej. Ale Rada wojenna nie pozwoliła na takie działania. Uważali, że moglibyśmy stracić panowanie nad tym, co by powstało, w efekcie, armia Dzieci Nocy byłaby zagrożona. . . 
    - Jimono, macie pozwolenie. Zbierz najlepsze Nimfy i Nimfów. Żywiołaki zgromadzi Haron. 
    Żywiołak ognia mrugnął do mnie z uśmiechem. Najwyraźniej nie tylko ja miałem dość bezczynności. 
   Dopełniłem nużących formalności, rozmawiając o szczegółach akcji aż do pory obiadowej. Gdy wniesiono skromne posiłki, było już po wszystkim. Zjedliśmy więc w pośpiechu i każdy udał się do swoich oddziałów, by wybrać wojowników, którzy wyruszą na pierwszą linię frontu. 
   Sziran jak zwykle trajkotała. 
   Uciszyłem ją jednym zdaniem. 
    - Będziesz jedną z wojowniczek, które wraz ze mną stawią się na pierwszej linii frontu. 
    - Jaaa? O jejku, naprawdę? Mój huragan w końcu się na coś przyda! 
    I w końcu będziesz zbyt zajęta panowaniem nad sobą, by mi zawracać dupę gadaniem... 
~~~~~~~~~~~~~~~
Autorka: Katarzyna Zduniak :D
Jimono i Sziran: 
Jimono

Sziran

Historia Cycila i Cecily .1.

Kolejny świt, kolejny dzień na froncie.
Cecily leżała z głową na nagim torsie jej brata bliźniaka. Prawą dłoń trzymała na podbrzuszu Cycila i kręciła małe kółeczka kciukiem. Robiła to nieświadomie, co jakiś czas łapała się na głaskaniu brata po skórze na różnych częściach ciała. Nie uważała tego za złe. Potrzebowała jego bliskości i świadomości, że z nią jest, że jest żywy, że wciąż ma kogoś na tym okrutnym świecie.
Poczuła jego dłoń na swoich nagich plecach, w tym samym czasie przeszedł po ciele elfki przyjemny dreszcz.
Poprzedniego wieczora zasnęli w plątaninie rąk i nóg, z wilgotnymi od potu nagimi ciałami.
Większość ich towarzyszy na froncie nie akceptowała dziwnej relacji Rodzeństwa Wojny. Cecily to nie przeszkadzało, jednak Cycil był inny.
Był inteligentniejszy od siostry, zdystansowany zawsze nad wszystkim długo rozważał i wybierał najbezpieczniejszą opcję.
Prosił Cecily, żeby starała się być dyskretna. Jak zwykle robiła wszystko o co prosił brat.
- Cycil. - Powiedziała lekko zaspanym głosem i podniosła głowę. Długie czarne włosy były splątane i brudne od ziemi i trawy. Kiedy brat nie odpowiedział postanowiła go delikatnie szturchnąć dłonią. - Cycil, obudź się.
Mężczyzna mlasnął i otworzył jedno oko. Cecyli zawsze zazdrościła bratu ich koloru - wspaniały odcień szmaragdu. Błyszczący inteligencją, spokojny i przyjazny wzrok ich matki.
Za to córka miała rozbiegane, wiecznie gniewne, burzowo-błękitne oczy ojca.
- Już świta? Tak szybko? - Podniósł się na łokciach, zmuszającym tym samym siostrę, by wstała.
Cycil przetarł dłonią twarz i odrzucił czarne włosy do tyłu. To był idealny moment, żeby po raz ostatni przyjrzeć się idealnemu ciału brata.
Szerokie ramiona, wyrzeźbiony brzuch, blizny na klatce piersiowej - to wszystko sprawiało, że Cecily brakło oddechu w piersiach.
Przygryzła wargę i odrzuciła wełniany koc, którym byli przykryci. Całkiem naga zeszła z prowizorycznego łóżka i sięgnęła po swoje rzeczy.
Mundur elfów był dość skąpy, dzięki czemu nie mieli żadnych problemów z bezszelestnym poruszaniem się i swoimi specyficznymi atakami. Nic ich nie ograniczało.
Na górną część ciała nałożyła skórzaną kamizelkę bez rękawów, potem ochraniacze na nadgarstki i wierzchnie strony dłoni. Po czym schyliła się po spodnie z tego samego materiału co kamizelka. Sięgały powyżej kolan, więc piszczele chroniły tylko skórzane ochraniacze, przez co łydki były odsłonięte.
- Wychodzę pierwsza, zaraz zmieniam Myela na warcie. - Skierowała się w stronę wyjścia z namiotu. - Nie spóźnij się na naradę. - Obdarowała brata ostatnim uśmiechem i zniknęła za zasłoną, której używali jako drzwi.
Szybkim krokiem ruszyła między namiotami, witając się z towarzyszami. Większość wojowników było elfami. Ich oddział został wysłany na wschód od głównej kwatery powstańców, gdzie mieli odeprzeć atak jednego z najliczniejszych oddziałów Nieśmiertelnego Króla.
Cecyli naliczyła już dwunasty dzień bezsensownego wyczekiwania, tysiące rany mówiła bratu, by zabrał głos na obradach, żeby ruszyli naprzeciw przeciwnikowi, jednak to nic nie dawało.
Wyszła z obozu i powędrowała w górę niedużego strumienia, gdzie miała przejąć wartę. Poruszała się, nawet jak na elfa, zwinnie i bezszelestnie. Między innymi właśnie tego nauczyła się od nimf, które przygarnęły ją i brata.
Po kilku minutach marszu i wspinaczki dotarła do szczytu, gdzie rosło ogromne drzewo.
- Psst, Ceci. - Usłyszała nad sobą znajomy głos.
Spojrzała w górę, tuż nad głową Cecily wisiał młody elf, ze srebrzystymi włosami i jaskrawoniebieskimi oczami.
- Przyszłaś mnie zmienić? W końcu, nudno jest dzisiaj. - Z gracją zeskoczył z drzewa i wylądował na nogach w małym przysiadzie. - Jak zwykle wyglądasz przepięknie!- mówił z podekscytowaniem małego dziecka.
Myel miał szesnaście lat, dopiero niedawno dołączył do ich oddziału, ale od samego początku zadziwiał swoją techniką walki i prędkością wspinaczek. Potrafił bez najmniejszego problemu wejść po pionowej ścianie, za co Cecily go podziwiała.
- Przestań Myel, zbieraj się. Zaraz będzie śniadanie. - Poczochrała go po srebrnych włosach, po czym usiadła pod drzewem, zajmując wygodną pozycję. - Jak coś zostanie to możesz mi potem przynieść. - Zerknęła na niego i lekko się uśmiechnęła. Chłopiec był jedynym elfem w oddziale, któremu Cecily bezgranicznie ufała, oczywiście oprócz jej brata.
- Jasne Ceci!- Odwrócił się i zaczął zbiegać z wzgórza. - Specjalnie dla ciebie ukryję trochę chleba! - Zachichotał, pomachał Cecily i zniknął między drzewami.
Elfka wyciągnęła nogi przed siebie i zaczęła uważnie obserwować tereny rozciągające na południe od obozowiska.
Nikt nie wiedział skąd nadciągną siły nieprzyjaciela, jednak każdy zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później ruszą do walki.
A Cycil i Cecili będą mieli szansę dokonać okrutnej zemsty na królu. Tylko po to dołączyli do kompanii na froncie i stali się elitą wśród wojowników, znani jako Bezlitosne Ostrza, lub Rodzeństwo Wojny.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Autorka: Fortis
Cycil i Cecili:
Po prawej Cecili po lewej Cycil

Historia Dariusa i Nabel .1.


"Istota, która zabija z prostej chęci zabijania, nie powinna mieć prawa do życia, ani do godnej śmierci" - to były słowa, które wiodły mnie z Wioski Dwóch Słońc do Wioski Mroku. Słowa mego ojca- maga bardzo potężnego, za co go szanowałem i zbyt naiwnego kierując się wartościami moralnymi- za co było mi go żal. To go zgubiło. Zabito go, gdyż się go obawiali. On nie walczył, by bronić mą matkę, siostrę i mnie. Nie walczył by bronić? Brzmi dziwnie, prawda? Otóż to właśnie te jego własne zasady głoszące, że magia nie powinna służyć do zabijania. Myślał, że Zasiadający na Tronie - gdyż prędzej byłbym gotów odgryźć sobie język, niż nazwać tego diabła królem bądź władcą, jest na tyle wyrozumiały i ufny. Ojciec spełnił swe zamierzenie tylko połowicznie, gdyż udało mu się uratować tylko część rodziny.
Gdy został skazany na śmierć razem z turą innych, przeciętnych Dzieci Nocy, które w żadnym życiu nie byłyby w stanie dorównać jego potędze, naszą matkę i nas zamknięto w lochach byśmy czekali na swoją kolej. Jednak nasza matka przechytrzyła ludzi Soraka. Zgłębiała ona trudną i potężną magię umysłu i zanim jeszcze została zakuta w nefrytowe kajdany, użyła zaklęcia autoiluzji, by mieć czas na teleportowanie mnie i siostry w bezpiecznie miejsce, sama skazując się na śmierć w okrutnych boleściach.
Zaklęcie matki przeniosło nas z powrotem do naszej rodzinnej wioski- Wioski Dwóch Słońc. Zastaliśmy tam tylko zgliszcza! Zgliszcza wszystkiego, co było naszą przeszłością, co było częścią nas! Nasz dom strawił ogień... Wszystko przez tego parszywca...
Miałem wtedy osiem lat, a Nebel zaledwie sześć. Zrozumiałem, że od teraz to ja jestem za nią odpowiedzialny. Postanowiłem nigdy nie popełnić błędów ojca- nie mogłem być naiwnym głupcem. Gdy przyszła pora na Wybranie Drogi, czyli podjęcie decyzji jaką magię będziemy praktykować, mimo odradzań i przestróg Starszyzny, zostałem czarnym magiem. Nie chciałem byś sprawcą zła na świecie, chciałem mu zaprzestać. Okrutna magia przeciw okrutnemu barbarzyńcy. Ogień zwalczaj ogniem. To stało się moim celem. Czarna magia to zwodnicza potęga. Zatruwa dusze tych, którzy próbują ja poskromić. Za wszelką cenę starałem się nie dać jej sobą zawładnąć. I wiedziałem, że to nigdy się nie stanie. Nie póki Nebel nade mną czuwała.
Jest młodsza, ale jej opiekuńczość i dobroć ochraniały mnie od szaleństwa. Bez wahania zabiłbym każdego, kto ośmieliłby się ją skrzywdzić. Jednak wiedziałem, że to nie jest już bezradna mała dziewczynka. Nebel z upływem tych dwudziestu lat stała się na prawdę silnym magiem żywiołów. I biada temu, który miałby zmierzyć się z nią w pojedynku. Była podobna do ojca. Wyjątkiem była jedna cecha, która bardzo mnie cieszyła- nie była naiwna. Dobroć ojca i spryt matki, świetny kompan podróży. Jednak czy byłbym gotów prosić ją o towarzyszenie w śmiertelnie groźnej wyprawie? 

                                                                      ***


Nastała noc. Nebel już spała. Wstałem z łóżka i zszedłem do piwnicy, była tam już moja zbroja i długi lśniący miecz. Magowi nie było to potrzebne, ale przez lata uczyłem się walki mieczem, czułem się z nim pewniej, ponadto nastały takie czasy gdy większe zaufanie budził rycerz niż mag.

Zarzuciłem na plecy płaszcz z wilczej skóry i wymknąłem się pod osłoną nocy, starając się by nie zbudzić Nebel. Wioska w ciszy ukrywała swoje istnienie. Było to niezwykle spokojne miejsce. Wszedłem w głąb lasu, przecinając mieczem chaszcze pojawiające się na drodze. Gwiazdy i księżyc oświetlały mi drogę, a wycie wilków towarzyszyło mi za plecami. Właśnie... Za blisko. Odwróciłem się pośpiesznie, zaciskając pięść, gotową do zaklęcia, a druga ręka rozgrzewała rękojeść miecza. Ogromne paprocie przede mną zaczęły się poruszać, a z nich zaczęło dobiegać ciche powarkiwanie. Po chwili dostrzegłem blask wilczych oczu. Zaatakuje czy nie? Wilk wyłonił się i stanął przede mną jak równy z równym. Nie atakował. Bacznie mnie obserwował, a jego wzrok w końcu skupił się na mieczu. Odgadłem o co chodzi zwierzęciu. Opuściłem go powoli, a wilk wtedy przybliżył się do mnie i obwąchał mi dłonie. Co z nim nie tak? Możliwe, że był udomowiony? Nie. Nikt już nie udomawia wilków. Szare zwierzę zaczęło krążyć wokół mnie, ale ja nie miałem na to czasu. Ruszyłem w kierunku gościńca, jednak wilk nie odstępował mi na krok. Dobrze więc, wygląda na to, że mam towarzysza podróży.
Gdy razem ze swym towarzyszem doszliśmy do gościńca, automatycznie ukryliśmy się za wielkim głazem słysząc dźwięk końskich kopyt. Po chwili na gościńcu pojawił się mały oddział wojsk Soraka. Nie stanowił zagrożenia. Już byłem gotowy wyskoczyć zza głazu i rzucić się do walki, gdy nagle poczułem na ramieniu chłodną dłoń. Odwróciłem się ostrożnie i ujrzałem postać o bladej cerze i śnieżnobiałych długich włosach.
- Postradałeś zmysły?! - ofuknęła mnie Nebel, a wilk utkwił w niej wzrok jakby myślał, że chce mi zrobić krzywdę. - To nie czas na taką walkę!
- Czemu poszłaś za mną? - obrzuciłem ją chłodnym spojrzeniem, a ta zabrała mi rękę z ramienia.
- Lepszym pytaniem jest to dlaczego nie spytałeś czy pójdę z Tobą.
- Poradzę sobie w pojedynkę. To niebe...
- Nie dbam o to. - przerwała mi. - Trzymamy się razem, a ja na pewno nie będę ci kulą u nogi.
Miała rację. Nie była kimś kim ciągle musiałem się zajmować, ani kimś kto nie potrafiłby walczyć w razie niebezpieczeństwa. Była bardzo wartościowym członkiem kompanii.
- Mówiliśmy o czymś. - wyciągnęła rękę w kierunku wilka, a ten o dziwo pozwolił się pogłaskać.
- Krąg to coś na co szkoda zachodu. - ruszyłem w dół gościńca gdy wojska zniknęły, a Nebel i wilk za mną.
- Mylisz się. Mamy wspólnego wroga. W grupie bylibyśmy silniejsi i łatwiej byłoby nam go pokonać. - odgarnęła włosy na bok, a ja powoli zacząłem się irytować. - Dołączenie do Kręgu to dobry pomysł.
W gruncie rzeczy, znów miała trochę racji. Z Kręgiem szybciej dostanę się do Soraka. Nikt mnie nie zmusza to wyznawania ich zasad i poglądów. Nikt też całkowicie nie odbiera mi wolnej ręki.
- Nie ufam tym ludziom. - powiedziałem. - Ale mogą posłużyć jako broń.
- Ja tak tego nie traktuję, ale ty rób jak uważasz. - wzruszyła ramionami i wyszła przede mnie. - Ważne, że teraz naszym kierunkiem stały się Wysokie Góry. Zobaczysz, że się nie mylę.
- Nie wątpię. - mruknąłem i nasza trójka zeszła z gościńca i ruszyła przez las
~~~~~~~~~~~~~
Autorka: Dark Sarcasm
Wygląd rodzeństwa:
DARIUS
NABEL

Historia Alex'a .1.

~Wstęp~

   Była wyjątkowo zimna jesienna noc.  W każdym oknie ogromnego,  kilku piętrowego budynku paliło się światło przez co las dookoła wydawał się wypełniony żywymi cieniami. Zakapturzona postać, wyraźnie nie zważając na padający deszcz, kroczyła wijącą się wśród drzew ścieżką. Była to kobieta średniego wzrostu, na rękach trzymała małe zawiniątko. Dotarła do bramy i przystanęła. Wahania nie trwało długo. Energicznym krokiem ruszyła do drzwi, delikatnie położyła tobołek pod nimi wsuwając pod niego list. Zastukała głośno kołatką i odeszła z pustymi rękoma. Przez jej głowę przeleciała tylko jedna myśli: "tutaj będzie mu lepiej". Otworzyła niska pulchna kobieta o rumianych policzkach. Omiotła wzrokiem drogę od bramy, ale nikogo nie zauważyła. Spojrzała w dół i dostrzegła maleńkie śpiące dziecko owinięte w szmaty pod którym widniała kartka. Napisano na niej tylko cztery słowa: "Ma na imię Alexander".

~~~~~~~

Autorka: Zuzanna "Shinigami"

Sierociniec: 


piątek, 24 lipca 2015

Historia Kasanny .1.

   Mieszkam w Khewes, stolicy Arnoru. Moja matka wraz z ojcem prowadzą warsztat, w którym naprawiają dorożki, karoce i lektyki bogatych mieszczan. Odkąd pamiętam, byłam nakłaniana do pomagania przy pracy, za czym specjalnie nie przepadałam. No dobra, powiedzmy sobie szczerze- nienawidziłam tego. 
   Dziś jest święto plonów, więc bramy mojego miasta zostały otwarte dla wszystkich podróżników. Cały dzień i całą noc, ulice będą tętniły życiem, przekupy z bazaru postawiały swoje stragany wzdłuż głównej ulicy i na placu, każdy znajdzie więc sposobność do zabawy, najedzenia się i napicia za darmo. Czyż to nie piękna okazja do tego, by w końcu uciec z domu? 
   Spojrzałam w lustro i poprawiłam swój strój. Miałam na sobie skromną lnianą suknię za kostki, pod którą skrywał się strój podróżny. Wygodne spodnie, przepaska, pas ze sztyletami i koszula z grubego  płótna. Czy aby na pewno nic nie widać? Obróciłam się dookoła własnej osi, obserwując uważnie odbicie w lustrze. 
   - Wszystko będzie dobrze - zapewniłam samą siebie - nikt cię już nie powstrzyma. 
   Narzuciłam na siebie cienką pelerynę i zeszłam do głównego pokoju, w którym siedziała moja matka. Siedziała na bujanym krześle i wpatrywała się w ścianę, jakby szukała na niej odpowiedzi na jakieś pytanie. 
   Zignorowałam ją i zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu ojca. 
   - Gdzie jest Zimma? - matka zamrugała kilka razy i zrobiła zaskoczoną minę, dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że od kilku godzin siedzi na prześle i nie robi nic, poza wlepianiem wzroku w ścianę. . . - Mamo, gdzie jest ojciec. 
   - W warsztacie - Zaczęłam iść w kierunku ostatnich drzwi, za którymi mieścił się warsztat - Kasanno, czy mogłabyś go poprosić by w końcu przestał tak tłuc tym młotkiem? 
   Zatrzymałam się. W domu panowała idealna cisza. Czyżby moja matka do reszty postradała zmysły? Westchnęłam cicho i pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam. Nie miałam zamiaru wyprowadzać jej z błędu, nie miało to zresztą sensu, zaraz znów zacznie słyszeć dźwięki, widzieć osoby, czuć ból, którego nie ma... 
   Weszłam do warsztatu i krzyknęłam do ojca, by przestał hałasować. 
   - Przecież nic nie robię! Powiedz matce, że nic do cholery jasnej się nie dzieje! Zrób z tym coś Kasanno, bo ja mam tego serdecznie dosyć!
   Ja też... W milczeniu podeszłam do niego i uścisnęłam mu dłoń. Spojrzał na mnie nie do końca rozumiejąc co robię. 
   - Nie szukajcie mnie. Jeśli wojskowi zaczną mnie szukać, mogą odkryć, że mnie tu chowaliście i matce mogłaby stać się krzywda. Tobie też starcze. Uznajmy więc, że umarłam i pochowaliście mnie tak, jak to robią wasi przodkowie, czyli zatopiliście moje zwłoki z tej małej zatoce. Czy to jasne?
    - Kasanno, ale...
    - Nie zmienię zdania. Idę na front. 
   Chciał coś powiedzieć, pożegnać się, ale przerwałam mu znaczącym gestem dłoni i wyszłam przez tylne drzwi. Nie oglądałam się za siebie, ten rozdział już zamknęłam, nie lubiłam wylewnych pożegnań, uścisków, płaczu i tym podobnych sentymentalnych zachowań. I tak wiem, ze to nie są moi prawdziwi rodzice. Właśnie dlatego muszę ich opuścić, nie wiem dlaczego zabrali mnie zza murów stolicy. 
   Po cholerę się tak narażali królowi. 
   Prychnęłam głośno z pogardą. Mogli zginąć, gdyby ktoś się dowiedział, że jestem Kotołakiem. 
   Zgodnie z rozporządzeniem władcy sprzed piętnastu lat- "Wszystkie Dzieci Nocy, Magowie i inne     stwory nieludzkie- zostają skazane na śmierć, za podżeganie do buntu, przeciwko naszemu miłościwemu władcy, Sorakowi. wyrok ma zostać wykonany poprzez doszczętne spalenie w miejscu publicznym, by nie było możliwości o ucieczce, czy też regeneracji..." Krótko, zwięźle i na temat o moim losie, jeśli dam się złapać strażnikom. 
    Wniesienie mnie do miasta, gdy miałam dwa lata było pewnie o wiele prostsze, niż wydostanie się z niego szesnaście wiosen później. Dlatego czekałam, aż zacznie się święto. Wtedy stolica stanie otworem dla wszystkich podróżników, będzie można tu wejść, zabawić się i wrócić do swojej wioski. Nieco beztroskie święto, biorąc pod uwagę, że mamy wojnę. 
    Nie boją się ataku Dzieci Nocy? Przecież Nikka może przyprowadzić tutaj swój oddział i wedrzeć się do stolicy... Mogłaby dzięki temu w końcu zwyciężyć z królem. 
    Pomimo wysokiej temperatury założyłam na głowę kaptur, by nie było widać moich oczu. Będę się zastanawiać nad wojną, gdy uda mi się stąd wydostać. 
   Od kilku dni zaczynałam tracić kontrolę nad swoimi przemianami. Zwykle szłam do slumsów i szukałam zaułka, w którym nikt by mnie nie mógł nakryć. Tam ćwiczyłam przemiany, walki w ciele kotołaka, walki w ciele człowieka sama sobie załatwiałam, zaczepiając podejrzanych typów. Przez pierwsze lata tego treningu chodziłam wiecznie poobijana, nie było dnia, bym nie narobiła sobie nowych ran i siniaków. Jednak gdy doszłam już do wprawy w dysponowaniu swoją siłą, mogłam pokonać każdego człowieka. . . 
   - Uważaj jak chodzisz dziwko! - wpadłam na jakąś kobietę i rozsypałam zawartość jej koszyka. Jabłka potoczyły się po bruku niknąc między nogami licznych przechodniów - I kto mi teraz za to zapłaci? 
    - Najmocniej przepraszam - Żadnych konfliktów Kasanno, żadnego wychylania się, tak? Nie potrafisz nawet chodzić...- już to zbieram. 
   Uklęknęłam na ulicy i zaczęłam wkładać do koszyka jabłka, które nie poturlały się hen daleko w siną dal... Karciłam się w duchu, gdy oddawałam tej kobiecie trzy srebrne monety, jako "rekompensatę strat" . Tak skrzętnie odkładałam pieniądze, tak ciężko na nie pracowałam, a teraz tracę trzy srebrniki, bo wpadłam na to tłuste cielsko, które nie wiem czy bym wyminęła nawet, gdybym wcześniej patrzyła gdzie idę... 
   Ukłoniłam się na odchodnym, by ją udobruchać i, tym razem ostrożniej, ruszyłam w stronę głównej bramy. 

                                              *****

   Strażnicy zobaczywszy, że nie mam nawet bagażu, nie zaprzątali sobie głowy przeszukiwaniem. Spytali czy mi się podobało w mieście i gdzie teraz idę. 
   - Och, było bajecznie, macie niesamowite miasto do pilnowania moi mili. Wracam teraz do matki, pewnie się już niepokoi, przyszłam na święto bez jej zgody... 
   - Proszę się nie martwić, już panią przepuszczamy Panno...
   - Julio. - uśmiechnęłam się słodko, pochylając głowę.
    Nie patrz mi w oczy, nie patrz mi w oczy, błagam, nie patrz mi w oczy bałwanie, puść mnie po prostu! 
    - Piękne imię dla pięknej Kobiety. Czy wróci tu pani kiedyś? 
    - Dla Pana? Z pewnością...
    Miałam już tego dość, chciałam przegryźć jego gardło, wyszarpać flaki i lać, lać lać, aż zostanie z niego krwawa miazga. Co za wyjątkowo głupi człowiek. 
     Przeszłam obok niego i wyszłam poza bramę. Znalazłam się poza Khewes, w jednej chwili kończąc swój spokojny żywot. 
   Czas iść na front. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Autorka: Katarzyna Zduniak
Tak mniej więcej wygląda Kasanna po przemianie: 



Kasanna







Obserwatorzy