Głowa pulsowała bólem, wszystko było nieistotne.
To gdzie jestem, która jest godzina, dlaczego jest mi tak cholernie zimno... Nieistotne!
- Kasanna? Ocknij się, Kasanna! - ktoś na pewno darł japę. Z pewnością tuż obok mojego ucha. - Wiem, że już nie śpisz! Jak się nie obudzisz to ci zostawię ten bełt i będzie tak sterczał aż sama go wygrzebiesz!
Ale o co ci chodzi hałaśliwa istoto, jaki bełt, jakie grzebanie o co... Boże!
- Rhego! - Poderwałam się z ziemi i złapałam się za głowę, czarne mroczki szalały przed moimi oczami. - Uuuh, dlaczego jest tak cholernie zimno!
- Bo jest noc. Konkretnie środek nocy. A ty paradujesz niemalże nago w samej przepasce.
Spojrzałam w dól.
O, rzeczywiście, mam na sobie przepaskę. Moment! Dlaczego jestem człowiekiem!!!???
- Dlaczego niczym mnie nie okryłeś! - zasłoniłam się i odwróciłam plecami do Rhego. - Ty zboczeńcu, powinnam ci oczy wydłubać, wykastrować, najlepiej...
- Ale ty byłaś przykryta głupia jędzo, tylko zachciało ci się wstać i teraz tak mi dziękujesz za opiekę?
- Opiekę? Ja ci życie przed chwilą uratowałam! Ile czasu byłam nie przytomna?
- Piętnaście minut. A teraz wracaj na ziemię, połóż się grzecznie, przykryj jeśli to konieczne i daj wyciągnąć ten bełt!
Z zażenowaniem położyłam się na moim prowizorycznym stole operacyjnym. Chwyciłam ten skrawek szmaty, który on śmiał nazwać przykryciem i zarzuciłam go sobie na piersi. W głowie błagałam by to się już skończyło.
Miałam wrażenie, że moja ręka płonie żywym ogniem, bark sczerniał i spuchł jak bania. To prawdziwy cud, że uniknęłam postrzału w serce- prawdopodobnie byłoby już po mnie.
Rhego powiedział, bym na niego spojrzała. Gdy to zrobiłam, wcisnął mi między zęby swój pas od miecza.
- Zagryź go mocno, będzie boleć jak cholera, ale postaraj się nie zemdleć. Na trzy. Raz... Dwaaa...
Szarpnął za drzewiec nim zdążyłam zaprotestować. Pas niemal się rozerwał, gdy zacisnęłam na nim szczęki w spazmie bólu.
Czy on właśnie odciął mi rękę?
- Już po wszystkim Kasanno, nie zasypiaj, proszę, już nic ci nie będzie, patrz, bełt już wyjęty - pomachał mi nim tuż przed oczami, rozbryzgując kropelki mojej poczerniałej krwi na prawo i lewo- oj, moja wina, wybacz...
- Thy chooyu, jah mogłesz... - wyplułam pas i z niesmakiem oblizałam się, by zmyć z ust krew - Precz, muszę rozruszać to ramię. I zmienić się. Jest mi zbyt zimno.
Tym razem ostrożnie podniosłam swoje cztery litery i zaczęłam pomału rozprowadzać przemianę na całym ciele, chciałam się wyszaleć, by czarna krew wypłynęła z mojego organizmu Gdy to nastąpi, rana sama się zasklepi w przeciągu kilku minut...
Wykonałam kilka ćwiczeń, podskoczyłam parę razy razy w miejscu i zaczęłam zlizywać zatrutą krew.
Smakowała jak popiół.
******
Gdy Rhego był pewny, że nie zemdleje z wycieńczenia, postanowił zaprowadzić mnie do obozu, bym coś zjadła i nabrała sił na podróż. Prowadził mnie przez jakieś cholerne chaszcze, kilka razy musiał mnie przenosić prze rowy, małe rzeczki, czy inne przeszkody, które pokonałabym z palcem w nosie, gdyby nie utrata rekordowej ilości krwi.
Wciąż resztkami sił podtrzymywałam swoją przemianę, nie miałam zamiaru chodzić po lesie w stroju Ewy, co to to nie, moja duma na to nie pozwalała.
Rhego powiedział mi, żebym na niego poczekała.
Świat dwoi i troi mi się przed oczami.
Już myślałam o tym, by sobie klapnąć, zamknąć oczy i może nawet zasnąć, ale usłyszałam jak ktoś z szewską pasją wymawia zdanie "No żeż kurwa ich jebana mać" więc się powstrzymałam.
- Rhego? - zawołałam cicho - Coś się stało?
Chwilę później stał obok mnie wielki wkurzony kocur. Rhego we własnej parszywej osobie.
- To jest jakiś żart, cały dzisiejszy wieczór to żart, kpina jakaś, ja tych ludzi pozabijam, nóżki im wyrwę, flaki wyssę, a puste korpusy rzucę... - zawiesił się na chwilę -... na pożarcie jakimś potworom...
- Fajnie. Naprawdę spoko, podoba mi się ten pomysł, ale...
- Czy ty wiesz co oni sobie wymyślili?!
- No własnie nie, dlatego staram się...
- Że najpierw mnie porwą, sprzedadzą jakiemuś bogaczowi, albo nie daj Boże spalą, a później na dokładkę, jakby tego było mało, okradną mnie ze wszystkiego co posiadam, pozostawiając po sobie wgniecioną trawę i jakieś martwe truchło!
- Śmiem zauważyć, że to martwe truchło upolowałam ja.
- Kasanno.
- Słucham cię mój wspaniały towarzyszu niedoli!
- Mam gdzieś kto je tam zostawił, nie ma naszych rzeczy.
- Nawet pół tobołka?
- Nic.
- Nul?
- Kurwa, jak mówię że nie, to nie!!!
- Ja to się tylko upewniam, z tobą nigdy nic nie wiadomo...
********
Rzeczywiście, na polanie nie zostało nic, poza sarną z przegryzionym gardłem, którą zaciągnęłam ty za kopytka ledwo czterdzieści minut temu...
Wtedy dotarła do mnie ta straszliwa prawda.
-Rhego, w co ja się ubiorę?
- Wiesz ze to nie najlepszy moment na...
- Najlepszy. Nie mam nic poza przepaską, w twoich ubraniach będę tonąć, ludzie będą się gapić, nago też łazić nie mogę, w postaci Kotołaka tym bardziej... Bezimienny, co ja teraz uczynię...
Dla mnie, to było za wiele jak na jeden dzień.
Zakręciło mi się w głowie, usiadłam na ziemi z impetem i chwyciłam dłońmi swoją czaszkę, która wirowała dookoła całej polany.
- Dorze się czujesz?
- Jak jeszcze nigdy. Muszę się tylko przespać... - To powiedziawszy, ponownie zemdlałam.
Obudziły mnie promienie słońca, leżałam na boku, przykryta jakimiś szmatami, było mi ciepło, czułam się o wiele lepiej. Rozejrzałam się na wszystkie możliwe strony i powoli podniosłam się do siadu. Z moich ramion zsunęły się ubrania Rhego, a on sam, siedział z otwartymi oczami dwa metru ode mnie, w samej przepasce, przemieniony w Kotołaka.
- Wstałaś - niemal zabił mnie tą swoją błyskotliwością - zaraz zaniosę cię do strumienia, musisz dużo pić, przydałaby ci się również kąpiel, bo, po pierwsze, cuchniesz starą krwią, po drugie, cuchniesz.
- Wal się.
- Wstrzymam się z twoją szczodrą propozycją. Dasz radę iść sama czy mam nosić panienkę na rączkach?
- Dam sobie radę, nic mi nie będzie.
Złożyłam jego ubrania w kostkę i oddałam prosto do rąk właściciela, mamrocząc jakieś podziękowania zakrapiane sarkastycznymi uwagami na temat ich zapachu...
Ruszyliśmy, oboje w nieludzkich formach, na wyprawę do najbliższej rzeki bądź jeziora.
Wciąż byłam zatrważająco słaba, łapy stawiałam niepewnie pośród miękkiego i zdradliwego poszycia leśnego.
Dotarliśmy na miejsce po kilku minutach mojej smutnej parodii marszu.
Rwący strumyk był wystarczająco duży, bym mogła się z niego napić, ale za mały, by mógł posłużyć mi za wannę... Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Wygoniłam Rhego na drugi koniec lasu i zapowiedziałam, że jakby któreś z nas potrzebowało pomocy, to ma ryczeć i warczeć wniebogłosy...
Odetchnęłam z ulgą, gdy Gbur łaskawie znikną w zaroślach. Nareszcie mogłam zacząć normalnie zwijać się z bólu. Oczywiście wczoraj było o wiele gorzej, ale działałam na adrenalinie, więc aż tak bardzo nie odczuwałam skutków wyrwania z mojego biednego ramienia jakiejś pożal się Boże strzały...
Cofnęłam przemianę całkowicie i przyjrzałam się swojemu ciału szukając innych niepokojących wyrw w skórze. Całe szczęście, poza nielicznymi i małymi siniakami, nie miałam tylko jednej czwartej mojego barku... Fantastycznie.
Napiłam się zimnej wody, i poczułam jak moja energia powoli wraca. Ochlapałam sobie twarz i zrobiłam coś, co prawdopodobnie ostatnio praktykowałam w dzieciństwie.
Położyłam się na środku strumyczka i poczekałam, aż woda zacznie przeze mnie przepływać. Czułam jak całe ciało napina się, w zetknięciu z lodowatą powierzchnią. Zacisnęłam zęby i myślałam o wszystkim, tylko po to, by nie czuć jak w każdy por mojej skóry wbija się mała lodowa igiełka.
- O Bezimienny, zaraz skonam.
Rana dawała o sobie znać. Wiedziałam że potrzebuje wody do wyleczenia tego ramienia, ale nie sądziłam, że to będzie aż tak bolało.
Przez to cierpienie stałam się strasznie narzekalska i markotna... Wiem, wiem, ale wyobraź sobie że od kilku godzin nie czujesz się na siłach nawet do szybszego truchtu- okropność.
Wstałam i zaczęłam strząsać z siebie krople wody. Włosy zawiązałam w supeł z tyłu głowy, by mi nie przeszkadzały i skupiłam się na częściowej przemianie.
Przepaskę rozwiązałam, rozwinęłam i zrobiłam z niej prowizoryczny top. Od pasa w dół nie prezentowałam się zbyt ludzko, więc raczeni nie obchodziły mnie uwagi Rhego, które na pewno usłyszę...
Autorka: Katarzyna Zduniak
To gdzie jestem, która jest godzina, dlaczego jest mi tak cholernie zimno... Nieistotne!
- Kasanna? Ocknij się, Kasanna! - ktoś na pewno darł japę. Z pewnością tuż obok mojego ucha. - Wiem, że już nie śpisz! Jak się nie obudzisz to ci zostawię ten bełt i będzie tak sterczał aż sama go wygrzebiesz!
Ale o co ci chodzi hałaśliwa istoto, jaki bełt, jakie grzebanie o co... Boże!
- Rhego! - Poderwałam się z ziemi i złapałam się za głowę, czarne mroczki szalały przed moimi oczami. - Uuuh, dlaczego jest tak cholernie zimno!
- Bo jest noc. Konkretnie środek nocy. A ty paradujesz niemalże nago w samej przepasce.
Spojrzałam w dól.
O, rzeczywiście, mam na sobie przepaskę. Moment! Dlaczego jestem człowiekiem!!!???
- Dlaczego niczym mnie nie okryłeś! - zasłoniłam się i odwróciłam plecami do Rhego. - Ty zboczeńcu, powinnam ci oczy wydłubać, wykastrować, najlepiej...
- Ale ty byłaś przykryta głupia jędzo, tylko zachciało ci się wstać i teraz tak mi dziękujesz za opiekę?
- Opiekę? Ja ci życie przed chwilą uratowałam! Ile czasu byłam nie przytomna?
- Piętnaście minut. A teraz wracaj na ziemię, połóż się grzecznie, przykryj jeśli to konieczne i daj wyciągnąć ten bełt!
Z zażenowaniem położyłam się na moim prowizorycznym stole operacyjnym. Chwyciłam ten skrawek szmaty, który on śmiał nazwać przykryciem i zarzuciłam go sobie na piersi. W głowie błagałam by to się już skończyło.
Miałam wrażenie, że moja ręka płonie żywym ogniem, bark sczerniał i spuchł jak bania. To prawdziwy cud, że uniknęłam postrzału w serce- prawdopodobnie byłoby już po mnie.
Rhego powiedział, bym na niego spojrzała. Gdy to zrobiłam, wcisnął mi między zęby swój pas od miecza.
- Zagryź go mocno, będzie boleć jak cholera, ale postaraj się nie zemdleć. Na trzy. Raz... Dwaaa...
Szarpnął za drzewiec nim zdążyłam zaprotestować. Pas niemal się rozerwał, gdy zacisnęłam na nim szczęki w spazmie bólu.
Czy on właśnie odciął mi rękę?
- Już po wszystkim Kasanno, nie zasypiaj, proszę, już nic ci nie będzie, patrz, bełt już wyjęty - pomachał mi nim tuż przed oczami, rozbryzgując kropelki mojej poczerniałej krwi na prawo i lewo- oj, moja wina, wybacz...
- Thy chooyu, jah mogłesz... - wyplułam pas i z niesmakiem oblizałam się, by zmyć z ust krew - Precz, muszę rozruszać to ramię. I zmienić się. Jest mi zbyt zimno.
Tym razem ostrożnie podniosłam swoje cztery litery i zaczęłam pomału rozprowadzać przemianę na całym ciele, chciałam się wyszaleć, by czarna krew wypłynęła z mojego organizmu Gdy to nastąpi, rana sama się zasklepi w przeciągu kilku minut...
Wykonałam kilka ćwiczeń, podskoczyłam parę razy razy w miejscu i zaczęłam zlizywać zatrutą krew.
Smakowała jak popiół.
******
Gdy Rhego był pewny, że nie zemdleje z wycieńczenia, postanowił zaprowadzić mnie do obozu, bym coś zjadła i nabrała sił na podróż. Prowadził mnie przez jakieś cholerne chaszcze, kilka razy musiał mnie przenosić prze rowy, małe rzeczki, czy inne przeszkody, które pokonałabym z palcem w nosie, gdyby nie utrata rekordowej ilości krwi.
Wciąż resztkami sił podtrzymywałam swoją przemianę, nie miałam zamiaru chodzić po lesie w stroju Ewy, co to to nie, moja duma na to nie pozwalała.
Rhego powiedział mi, żebym na niego poczekała.
Świat dwoi i troi mi się przed oczami.
Już myślałam o tym, by sobie klapnąć, zamknąć oczy i może nawet zasnąć, ale usłyszałam jak ktoś z szewską pasją wymawia zdanie "No żeż kurwa ich jebana mać" więc się powstrzymałam.
- Rhego? - zawołałam cicho - Coś się stało?
Chwilę później stał obok mnie wielki wkurzony kocur. Rhego we własnej parszywej osobie.
- To jest jakiś żart, cały dzisiejszy wieczór to żart, kpina jakaś, ja tych ludzi pozabijam, nóżki im wyrwę, flaki wyssę, a puste korpusy rzucę... - zawiesił się na chwilę -... na pożarcie jakimś potworom...
- Fajnie. Naprawdę spoko, podoba mi się ten pomysł, ale...
- Czy ty wiesz co oni sobie wymyślili?!
- No własnie nie, dlatego staram się...
- Że najpierw mnie porwą, sprzedadzą jakiemuś bogaczowi, albo nie daj Boże spalą, a później na dokładkę, jakby tego było mało, okradną mnie ze wszystkiego co posiadam, pozostawiając po sobie wgniecioną trawę i jakieś martwe truchło!
- Śmiem zauważyć, że to martwe truchło upolowałam ja.
- Kasanno.
- Słucham cię mój wspaniały towarzyszu niedoli!
- Mam gdzieś kto je tam zostawił, nie ma naszych rzeczy.
- Nawet pół tobołka?
- Nic.
- Nul?
- Kurwa, jak mówię że nie, to nie!!!
- Ja to się tylko upewniam, z tobą nigdy nic nie wiadomo...
********
Rzeczywiście, na polanie nie zostało nic, poza sarną z przegryzionym gardłem, którą zaciągnęłam ty za kopytka ledwo czterdzieści minut temu...
Wtedy dotarła do mnie ta straszliwa prawda.
-Rhego, w co ja się ubiorę?
- Wiesz ze to nie najlepszy moment na...
- Najlepszy. Nie mam nic poza przepaską, w twoich ubraniach będę tonąć, ludzie będą się gapić, nago też łazić nie mogę, w postaci Kotołaka tym bardziej... Bezimienny, co ja teraz uczynię...
Dla mnie, to było za wiele jak na jeden dzień.
Zakręciło mi się w głowie, usiadłam na ziemi z impetem i chwyciłam dłońmi swoją czaszkę, która wirowała dookoła całej polany.
- Dorze się czujesz?
- Jak jeszcze nigdy. Muszę się tylko przespać... - To powiedziawszy, ponownie zemdlałam.
Obudziły mnie promienie słońca, leżałam na boku, przykryta jakimiś szmatami, było mi ciepło, czułam się o wiele lepiej. Rozejrzałam się na wszystkie możliwe strony i powoli podniosłam się do siadu. Z moich ramion zsunęły się ubrania Rhego, a on sam, siedział z otwartymi oczami dwa metru ode mnie, w samej przepasce, przemieniony w Kotołaka.
- Wstałaś - niemal zabił mnie tą swoją błyskotliwością - zaraz zaniosę cię do strumienia, musisz dużo pić, przydałaby ci się również kąpiel, bo, po pierwsze, cuchniesz starą krwią, po drugie, cuchniesz.
- Wal się.
- Wstrzymam się z twoją szczodrą propozycją. Dasz radę iść sama czy mam nosić panienkę na rączkach?
- Dam sobie radę, nic mi nie będzie.
Złożyłam jego ubrania w kostkę i oddałam prosto do rąk właściciela, mamrocząc jakieś podziękowania zakrapiane sarkastycznymi uwagami na temat ich zapachu...
Ruszyliśmy, oboje w nieludzkich formach, na wyprawę do najbliższej rzeki bądź jeziora.
Wciąż byłam zatrważająco słaba, łapy stawiałam niepewnie pośród miękkiego i zdradliwego poszycia leśnego.
Dotarliśmy na miejsce po kilku minutach mojej smutnej parodii marszu.
Rwący strumyk był wystarczająco duży, bym mogła się z niego napić, ale za mały, by mógł posłużyć mi za wannę... Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Wygoniłam Rhego na drugi koniec lasu i zapowiedziałam, że jakby któreś z nas potrzebowało pomocy, to ma ryczeć i warczeć wniebogłosy...
Odetchnęłam z ulgą, gdy Gbur łaskawie znikną w zaroślach. Nareszcie mogłam zacząć normalnie zwijać się z bólu. Oczywiście wczoraj było o wiele gorzej, ale działałam na adrenalinie, więc aż tak bardzo nie odczuwałam skutków wyrwania z mojego biednego ramienia jakiejś pożal się Boże strzały...
Cofnęłam przemianę całkowicie i przyjrzałam się swojemu ciału szukając innych niepokojących wyrw w skórze. Całe szczęście, poza nielicznymi i małymi siniakami, nie miałam tylko jednej czwartej mojego barku... Fantastycznie.
Napiłam się zimnej wody, i poczułam jak moja energia powoli wraca. Ochlapałam sobie twarz i zrobiłam coś, co prawdopodobnie ostatnio praktykowałam w dzieciństwie.
Położyłam się na środku strumyczka i poczekałam, aż woda zacznie przeze mnie przepływać. Czułam jak całe ciało napina się, w zetknięciu z lodowatą powierzchnią. Zacisnęłam zęby i myślałam o wszystkim, tylko po to, by nie czuć jak w każdy por mojej skóry wbija się mała lodowa igiełka.
- O Bezimienny, zaraz skonam.
Rana dawała o sobie znać. Wiedziałam że potrzebuje wody do wyleczenia tego ramienia, ale nie sądziłam, że to będzie aż tak bolało.
Przez to cierpienie stałam się strasznie narzekalska i markotna... Wiem, wiem, ale wyobraź sobie że od kilku godzin nie czujesz się na siłach nawet do szybszego truchtu- okropność.
Wstałam i zaczęłam strząsać z siebie krople wody. Włosy zawiązałam w supeł z tyłu głowy, by mi nie przeszkadzały i skupiłam się na częściowej przemianie.
Przepaskę rozwiązałam, rozwinęłam i zrobiłam z niej prowizoryczny top. Od pasa w dół nie prezentowałam się zbyt ludzko, więc raczeni nie obchodziły mnie uwagi Rhego, które na pewno usłyszę...
Autorka: Katarzyna Zduniak
![]() |
| Strumień :v Wow, taki strumieniowaty... |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Autorzy lubią czytać komentarze, najlepiej szczere, bo wtedy mogą się czegoś nauczyć.