sobota, 25 lipca 2015

Historia Alex'a .2.


   - Jak zwykle bujasz w obłokach, prawda Alex? - zaczepił mnie Grimmir, jak zawsze z uśmiechem na ustach. Ta mina powoli zaczynała drażnić moją osobę. Był młodym gryfem o czarnym upierzeniu i miał czerwone oczy. Ogromne skrzydła były złożone na placach. Zwykle nie zakładał na siebie nic, co mnie niezwykle frustrowało.
   - A co innego mam robić? Wiesz przecież, że z nikim się nie dogaduje - prychnąłem. Jestem niskim i drobnym chłopakiem. Mam 16 lat, białe włosy, bladą skórę oraz duże jasno-szare oczy. Moją szyję i brodę zdobi znamię. Niektórzy w pierwszej chwili biorą mnie za dziewczynę, ale co ja mogę na to poradzić?
   - Dogadujesz się ze mną, a z tego co mi wiadomo jestem "kimś" - mimo uśmiechu wydawał się być urażony. Wywróciłem oczami. - Dobra chodźmy już stąd. Może pani Judith pozwoli nam pójść do lasu - dodał. Dobrze wiedział jak lubię tam chodzić, ale...
   - Wątpię czy nam pozwoli - powiedziałem. I ruszyliśmy w stronę korytarza.

    Byliśmy w sierocińcu stojącym na małym wzgórzu w lesie. Miejsce to stanowiło dom zarówno dla mnie jak i dla dzieci oraz nastolatków z każdej rasy występującej w Arnorze. Ze względu na to prowadzenie go było nielegalne. Na każdym Dziecku Nocy nie ważne od wieku ciążyła kara śmierci. Mimo tego opiekunowie tego ośrodka - małżeństwo Juditch i Theo - nie zamierzało porzucić jego prowadzenia, ich priorytetem była ochrona nas - dzieci, których rodzice polegli podczas walk lub nie mieli warunków czy pieniędzy na nasze wychowanie. Budynek posiadał kilka pięter. Parter zajmowała ogromna sala będąca w stanie pomieścić wszystkich mieszkańców sierocińca odbywały się tam apele i wspólne posiłki. Niedaleko od tej sali znajdowała się kuchnia. Na tym samym poziomie był jeszcze gabinet małżeństwa. Pierwsze piętro zamieszkiwały małe dzieci od porzuconych noworodków do sześciolatków. Drugie zajmowali siedmiolatkowie, ośmiolatkowie, dziewięciolatkowie i dziesięciolatkowie. Trzecie jedenasto-, dwunasto-, trzynasto- i czternastolatkowie. Czwarte młodzież od piętnastu do osiemnastu lat. Na każdym piętrze znajdowało się kilka ogromnych pokoi wspólnych. Stały w nich rzędy trzy pietrowych łóżek, po jednej stronie dla dziewcząt, po drugiej dla chłopców. Sierociniec był otoczony murem mającym około 2 metrów wysokości, porastał go bluszcz. Wokół budynku była wolna przestrzeń porośnięta trawą nazwana przez nas "placem".
   Zejście z czwartego piętra trochę nam zajęło. Schody były kręte i strome więc mimo lat wprawy nadal musieliśmy schodzić ostrożnie. Co prawda Grimmir nie mieszkał w sierocińcu, ale bywał w nim dosyć często, aż dwa razy w tygodniu. Pomagał przywozić jedzenie, a potem je wypakowywać. Ja nie znam swoich rodziców i wychowałem się w sierocińcu, nigdy jakoś nie myślałem o ich odnalezieniu. Szczerze to nie jestem nawet pewny do jakiej rasy należę na pewno jestem spokrewniony z syrenami. Skąd wiem? Potrafię być naprawdę przekonujący, no i mam skrzela w komplecie z błonami u paców, i niewielką płetwą grzbietową.

   Wychodząc na dwór natknęliśmy się na grupę biegnących do środka dzieci. Prawdopodobnie wymyśliły sobie jakąś nową zabawę - typowe. Szliśmy powoli wzrokiem szukając któregoś z opiekunów. Pani Judith stała pośrodku pół okręgu siedzących dzieci i nastolatków cały czas gestykulowała opowiadając coś z ożywieniem. Stanęliśmy z boku również słuchając dobrze znanej nam baśni o Wspaniałym Rycerzu na Diamentowym Smoku. Obydwoje mimowolnie lekko się uśmiechaliśmy obserwując różne reakcje młodszego koleżeństwa. Gdy skończyła swoją opowieść, poczekaliśmy aż zostanie sama. Naszej prośby nikt nie powinien usłyszeć.
   - Przepraszam panią, możemy chwilę porozmawiać jeśli ma Pani czas? - zapytał poważnie Grimmir. Skąd mu się wziął ten ton? Brzmiał jakby stało się coś strasznego.
   - Ależ oczywiście - odpowiedziała lekko i uśmiechnęła się - Coś się stało?
   - Nie, oczywiście, że nie - Gryf wydawał się podenerwowany. A ja nie potrafiłem powstrzymać delikatnego uśmiechu - sam się wpakował.
   - Moglibyśmy iść do lasu? - spytał.
   - Moglibyśmy iść do lasu? - spytałem prosto z mostu. Za równo Grimmir jaki i Judith spojrzeli na mnie zaskoczeni.
   - Nie - powiedziała ostro opiekunka - to zbyt niebezpieczne zwłaszcza, że żadne z Was nie jest człowiekiem. Jak myślicie co się z wami stanie jak Was złapią łowcy? Czy wy w ogóle nie myślicie?    - ostatnie zdanie wysyczała. Była naprawdę rozzłoszczona tym pytaniem. To nawet lepiej będzie prościej. Spuściłem głowę udając, że to co do nas mówi do mnie trafia.
   - Przepraszam, nie powinienem pytać - mój głos drżał jakbym miał się rozpłakać, facet nigdy by się na to nie dał oszukać, ale kobieta to co innego. Uśmiechnąłem się w duchu. - Chcieliśmy nazbierać dla Pani rumianku i ziół na herbatę. Przepraszamy.
Grimmir starał się zrobić taką minę jakby to był naprawdę nasz pomysł, a nie historyka wyssana z palca. Niezbyt mu to szło. Opiekunka patrzyła na mnie, a po chwili powiedziała.
   - Dobrze, już dobrze. Tylko uważajcie na siebie i wróćcie przed zmierzchem.
   - Oczywiście! - odpowiedziałem wesoło i razem z Grimmirem ruszyliśmy do głównej bramy sierocińca.
~~~~~~~~~~~~
Autorka: Zuzanna "Shinigami"
Alex i Grimmir:
Alex
Grimmir

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Autorzy lubią czytać komentarze, najlepiej szczere, bo wtedy mogą się czegoś nauczyć.

Obserwatorzy