Jak dawno nie byłem w lesie. Zimą odcinają nas od wszystkiego zza muru, mówiąc, że to dla naszego dobra - coś mi nie wierzę. Tutaj panuje bezruch i cisza, zupełne przeciwieństwo sierocińca, lepiej się myśli i oddycha. Kocham ten spokój. Ale jest tylko pobieżny, wystarczy na chwilę się zatrzymać i zobaczyć, że dzieje się tutaj o wiele więcej niż w moim domu, rzeczy te jednak trwają w harmonii, co jest piękne.
- Nie powinieneś kłamać Alex- moją ciszę zakłócił gryf. Będzie mi teraz prawić kazania?
- Ty to zaproponowałeś wyjście - odpowiedziałem.
- Owszem ja to zaproponowałem, ale nie musiałeś odstawiać tego syreniego przedstawienia! - wkurzył się.
- Nie musiałbym jakbyś panował nad swoim głosem.
- Znowu zwalasz wszystko na mnie! A jakbyśmy znaleźli Theo, a nie Judith? Wtedy...
- Wtedy wszystko było by w twoich rękach, dobrze wiesz, że moje "sztuki" i "przedstawienia" działają tylko na kobiet - wtrąciłem - i mógłbyś nie krzyczeć? Mimo wszystko powinniśmy zachować ostrożność.
Grimmir spojrzał na mnie spod oka. Wiedział, że mam rację. Lekko poruszył skrzydłami.
- Idziemy nad staw?
- Po co? - całkowicie zbił mnie z tropu.
Westchnął.
- Nagadałeś opiekunce, że idziemy po zioła. Jak myślisz co zrobi jak wrócimy bez nich?
- Będzie zła i nigdy więcej nie pozwoli nam wyjść - nie pomyślałem o tym.
- No właśnie, dlatego tam idziemy by mieć później w ogóle możliwość ponownego wyjścia - zirytował mnie tą wypowiedzią, miał do tego wyraźny talent.
- Niech Ci będzie - odpowiedziałem.
Idąc nad staw nie rozmawialiśmy. Każde z osobna wypatrywało potrzebnych nam ziół. Grimmir musiał uważać na gałęzie miał w końcu ponad 2 metry wysokości. Ja nie mam takich problemów moje 160 centymetrów sprawia, że mogę wcisnąć się prawie wszędzie. Innymi słowy gryf jest ode mnie o dwie głowy wyższy więc wyglądam przy nim jak mały dzieciak.
Prawie dotarliśmy do stawu wystarczy tylko wejść na polankę.
Nagle Grimmir chwycił mnie w pasie i pociągnął za drzewo zamykając mi usta swoją ogromną łapą. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem, a on wskazał głową miejsce do którego zmierzaliśmy. Poirytowany spojrzałem na polane. Po jej drugiej stronie stało pięć istot, wyraźnie przyciskali kogoś (lub coś) do drzewa. Doznałem olśnienia - to byli łowcy! A my prawie władowaliśmy się w ich pole widzenia, jakby nie ta postać już bylibyśmy martwi lub pojmani, ale oni byli całkowicie nią pochłonięci. Obiecałem sobie w duchu, że później podziękuję Grimmirowi. Jeden z nich uderzył istotę tak że upadła na ziemię. Obydwoje się w nią wpatrywaliśmy z lekkim niedowierzaniem była to nimfa słońca. Świadczyły o tym długie pomarańczowo-żółte włosy i rogi. Łowca z wściekłością wyrwał miecz z pochwy i wbił go w kobietę. Było oczywiste, że to ostrze zostało wykonane z berylu lub srebra. Chwilę na nią patrzyli, a potem szybko odeszli.
- Wynośmy się stąd - usłyszałem cichy szept gryfa w swoim uchu.
- Musimy jej pomóc - głos miałem cichy i spokojny. Spojrzałem na niego twardo niestety nie wyszło do końca tak jak chciałem bo się odsunął i musiałem mocno podnieść głowę.
- A co jak postanowią wrócić? Ona jeszc... Alex czekaj! - krzyknął za mną cicho, nie zamierzałem słuchać co ma jeszcze do powiedzenia. Nie chciał się zbliżać do nimfy to niech tam zaczeka albo wraca, nikt mu nie każe ze mną iść. Po kilku sekundach mnie dogonił.
- Zwariowałeś - wysapał, nie mógł za mną nadążyć, co za ironia. Ma takie długie nogi, a nie umie ich wykorzystać. Jego komentarz puściłem mimo uszu. Gdy dotarliśmy na miejsce starałem się obiektywnie ocenić sytuację. Krwi było dużo, bardzo dużo, a rana wyglądała na głęboką. Jak dla mnie nie miała szans na przeżycie - łowcy pewnie ocenili podobnie. Ukucnąłem koło niej i zamierzałem spróbować zatrzymać krwawienie. Nagle złapała mnie za rękę. A ja spojrzałem jej w oczy. Grimmir stał w pobliżu.
- Ty... ty... masz na i-imię Ale-Alexa... nder? - byłem w szoku gdy to powiedziała. Mówienie musiało sprawiać jej ból. Pokiwałem głową.
- Skąd znasz moje imię?
- Zna-znałam twoją m-matkę.
- Kim ona jest? Wiesz gdzie ją mogę znaleźć? Wiesz kim jest mój ojciec? - te pytania usta wypowiedziały zanim zdążyłem pomyśleć. Ona umiera, a ja zamiast jej pomóc to ją wypytuje. Bardzo mądre. Zanim zdążyła odpowiedzieć dodałem - zaraz weźmiemy Cię do sierocińca tam Ci pomog...
- Nie... nie ma czasu... t-twoja matka to... to syrena imie... niem Iri. J-jest w Radzie. A... twój oj-ojciec to Kapłan Bez-Bezimmienne... go. Oni, oni tam... Nie mo... żesz wró-wrócić do sieroci...
I umarła, na naszych oczach zmieniła się w złoty pył. Zawiał wiatr i powoli zaczął go porywać w stronę słońca. Nadal tam kucałem w zbyt wielkim szoku by się poruszyć. Moi rodzice prawdopodobnie żyli. A ja dowiedziałem się czym jestem i mogłem odnaleźć matkę. Ktoś położył mi rękę na ramieniu. Wzdrygnąłem się i spojrzałem za siebie.
- Alex, tam - wskazał ręką korony drzew zza których wyszliśmy - widać dym - Grimmir powiedział moje imię łagodnie, zbyt łagodnie. Skierowałem wzrok we wskazane miejsce i zerwałem się na równe nogi.
- Chodź musimy zobaczyć co się stało - powiedziałem. Miałem tylko nadzieję, że to nie z naszego to znaczy mojego domu wydobywa się ten dym. Biegliśmy przez las nie zwracając uwagi na gałęzie czy korzenie. Raz o mało nie skręciłem sobie kostki. Zza drzew wyłonił się sierociniec. Płonął. Nie bylem w stanie ruszyć się z miejsca. Grimmir był tak samo wstrząśnięty jak ja. Stałem tam i patrzyłem jak mój świat płonie...
~~~~~~~~~~~~
Autorka: Zuzanna "Shinigami"
Nimfa słońca:
- Nie powinieneś kłamać Alex- moją ciszę zakłócił gryf. Będzie mi teraz prawić kazania?
- Ty to zaproponowałeś wyjście - odpowiedziałem.
- Owszem ja to zaproponowałem, ale nie musiałeś odstawiać tego syreniego przedstawienia! - wkurzył się.
- Nie musiałbym jakbyś panował nad swoim głosem.
- Znowu zwalasz wszystko na mnie! A jakbyśmy znaleźli Theo, a nie Judith? Wtedy...
- Wtedy wszystko było by w twoich rękach, dobrze wiesz, że moje "sztuki" i "przedstawienia" działają tylko na kobiet - wtrąciłem - i mógłbyś nie krzyczeć? Mimo wszystko powinniśmy zachować ostrożność.
Grimmir spojrzał na mnie spod oka. Wiedział, że mam rację. Lekko poruszył skrzydłami.
- Idziemy nad staw?
- Po co? - całkowicie zbił mnie z tropu.
Westchnął.
- Nagadałeś opiekunce, że idziemy po zioła. Jak myślisz co zrobi jak wrócimy bez nich?
- Będzie zła i nigdy więcej nie pozwoli nam wyjść - nie pomyślałem o tym.
- No właśnie, dlatego tam idziemy by mieć później w ogóle możliwość ponownego wyjścia - zirytował mnie tą wypowiedzią, miał do tego wyraźny talent.
- Niech Ci będzie - odpowiedziałem.
Idąc nad staw nie rozmawialiśmy. Każde z osobna wypatrywało potrzebnych nam ziół. Grimmir musiał uważać na gałęzie miał w końcu ponad 2 metry wysokości. Ja nie mam takich problemów moje 160 centymetrów sprawia, że mogę wcisnąć się prawie wszędzie. Innymi słowy gryf jest ode mnie o dwie głowy wyższy więc wyglądam przy nim jak mały dzieciak.
Prawie dotarliśmy do stawu wystarczy tylko wejść na polankę.
Nagle Grimmir chwycił mnie w pasie i pociągnął za drzewo zamykając mi usta swoją ogromną łapą. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem, a on wskazał głową miejsce do którego zmierzaliśmy. Poirytowany spojrzałem na polane. Po jej drugiej stronie stało pięć istot, wyraźnie przyciskali kogoś (lub coś) do drzewa. Doznałem olśnienia - to byli łowcy! A my prawie władowaliśmy się w ich pole widzenia, jakby nie ta postać już bylibyśmy martwi lub pojmani, ale oni byli całkowicie nią pochłonięci. Obiecałem sobie w duchu, że później podziękuję Grimmirowi. Jeden z nich uderzył istotę tak że upadła na ziemię. Obydwoje się w nią wpatrywaliśmy z lekkim niedowierzaniem była to nimfa słońca. Świadczyły o tym długie pomarańczowo-żółte włosy i rogi. Łowca z wściekłością wyrwał miecz z pochwy i wbił go w kobietę. Było oczywiste, że to ostrze zostało wykonane z berylu lub srebra. Chwilę na nią patrzyli, a potem szybko odeszli.
- Wynośmy się stąd - usłyszałem cichy szept gryfa w swoim uchu.
- Musimy jej pomóc - głos miałem cichy i spokojny. Spojrzałem na niego twardo niestety nie wyszło do końca tak jak chciałem bo się odsunął i musiałem mocno podnieść głowę.
- A co jak postanowią wrócić? Ona jeszc... Alex czekaj! - krzyknął za mną cicho, nie zamierzałem słuchać co ma jeszcze do powiedzenia. Nie chciał się zbliżać do nimfy to niech tam zaczeka albo wraca, nikt mu nie każe ze mną iść. Po kilku sekundach mnie dogonił.
- Zwariowałeś - wysapał, nie mógł za mną nadążyć, co za ironia. Ma takie długie nogi, a nie umie ich wykorzystać. Jego komentarz puściłem mimo uszu. Gdy dotarliśmy na miejsce starałem się obiektywnie ocenić sytuację. Krwi było dużo, bardzo dużo, a rana wyglądała na głęboką. Jak dla mnie nie miała szans na przeżycie - łowcy pewnie ocenili podobnie. Ukucnąłem koło niej i zamierzałem spróbować zatrzymać krwawienie. Nagle złapała mnie za rękę. A ja spojrzałem jej w oczy. Grimmir stał w pobliżu.
- Ty... ty... masz na i-imię Ale-Alexa... nder? - byłem w szoku gdy to powiedziała. Mówienie musiało sprawiać jej ból. Pokiwałem głową.
- Skąd znasz moje imię?
- Zna-znałam twoją m-matkę.
- Kim ona jest? Wiesz gdzie ją mogę znaleźć? Wiesz kim jest mój ojciec? - te pytania usta wypowiedziały zanim zdążyłem pomyśleć. Ona umiera, a ja zamiast jej pomóc to ją wypytuje. Bardzo mądre. Zanim zdążyła odpowiedzieć dodałem - zaraz weźmiemy Cię do sierocińca tam Ci pomog...
- Nie... nie ma czasu... t-twoja matka to... to syrena imie... niem Iri. J-jest w Radzie. A... twój oj-ojciec to Kapłan Bez-Bezimmienne... go. Oni, oni tam... Nie mo... żesz wró-wrócić do sieroci...
I umarła, na naszych oczach zmieniła się w złoty pył. Zawiał wiatr i powoli zaczął go porywać w stronę słońca. Nadal tam kucałem w zbyt wielkim szoku by się poruszyć. Moi rodzice prawdopodobnie żyli. A ja dowiedziałem się czym jestem i mogłem odnaleźć matkę. Ktoś położył mi rękę na ramieniu. Wzdrygnąłem się i spojrzałem za siebie.
- Alex, tam - wskazał ręką korony drzew zza których wyszliśmy - widać dym - Grimmir powiedział moje imię łagodnie, zbyt łagodnie. Skierowałem wzrok we wskazane miejsce i zerwałem się na równe nogi.
- Chodź musimy zobaczyć co się stało - powiedziałem. Miałem tylko nadzieję, że to nie z naszego to znaczy mojego domu wydobywa się ten dym. Biegliśmy przez las nie zwracając uwagi na gałęzie czy korzenie. Raz o mało nie skręciłem sobie kostki. Zza drzew wyłonił się sierociniec. Płonął. Nie bylem w stanie ruszyć się z miejsca. Grimmir był tak samo wstrząśnięty jak ja. Stałem tam i patrzyłem jak mój świat płonie...
~~~~~~~~~~~~
Autorka: Zuzanna "Shinigami"
Nimfa słońca:
![]() |
| ~Bezimienny, przyjmij ją do siebie~ |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Autorzy lubią czytać komentarze, najlepiej szczere, bo wtedy mogą się czegoś nauczyć.