~Wstęp~
- Marika? Na Bezimiennego, gdzieś ty się podziała?! - chłopak stał przed małym domkiem i rozglądał się po podwórku. Nigdzie nie widać było jego siostry. - Na boga, nie mów, że znowu mi wyjadasz marchewki ze szklarni... - mruknął cicho i poszedł w kierunki jeszcze mniejszej szklarni.
Żyło im się tu dobrze. Mały domek, szopa i chlewek, w którym są kury. Z dala od obcych. Czasem przeszedł wędrowiec, wtedy z chęcią zapraszali na nocleg do szopy, która nie była duża, ale w której było dość miejsca na spokojny sen.
- Marika, błagam, zostaw te marchewki - odezwał się uniesionym głosem stając w wejściu.
Marika odwróciła głowę w stronę brata. Siedziała po turecku plecami w jego stronę. Uśmiechnęła się tylko i machnęła dłonią na znak, że ma podejść bliżej. Coś białego siedziało na kocu, który leżał na jej nogach. Zaciekawiony chłopak podszedł bliżej. Minęła mu cała złość.
- Skąd je masz? - usiadł, tak jak ona, na przeciwko niej.
- Ich też porzucili rodzice - pogłaskała białego króliczka. Drugiego wziął na ręce jej brat
- Kolejne żarłoki do wyjadania marchwi - westchnął. - Bierzemy je do domu. Nie zostawię ich z moimi warzywami.
- Jak je nazwiemy? Ten twój ma łatkę na prawym uchu, a mój na łapce - usiadła na materacu obok brata.
- Uszek i Łapek - zaczął się śmiać i dostał łokciem w żebro. - Ała no! To ja cię karmię, wychowuję, uczę, a ty tak mi się odpłacasz? Jutro ty gotujesz.
- Wiesz, przecież, że nie umiem!
- Pora się nauczyć - położył się na siostrze i ziewnął. - Idę spać. Dobranoc.
- Gnieciesz mnie swoim pięciometrowym cielskiem. Złaź!
- Mam tylko dwa - przekręcił się na bok.
- Tęsknię za mamą.
- Ja też.
- Dobranoc?
- Dobranoc.
~~~~~~
Autorka: Dusia
Maksymilian i Marika:
- Marika? Na Bezimiennego, gdzieś ty się podziała?! - chłopak stał przed małym domkiem i rozglądał się po podwórku. Nigdzie nie widać było jego siostry. - Na boga, nie mów, że znowu mi wyjadasz marchewki ze szklarni... - mruknął cicho i poszedł w kierunki jeszcze mniejszej szklarni.
Żyło im się tu dobrze. Mały domek, szopa i chlewek, w którym są kury. Z dala od obcych. Czasem przeszedł wędrowiec, wtedy z chęcią zapraszali na nocleg do szopy, która nie była duża, ale w której było dość miejsca na spokojny sen.
- Marika, błagam, zostaw te marchewki - odezwał się uniesionym głosem stając w wejściu.
Marika odwróciła głowę w stronę brata. Siedziała po turecku plecami w jego stronę. Uśmiechnęła się tylko i machnęła dłonią na znak, że ma podejść bliżej. Coś białego siedziało na kocu, który leżał na jej nogach. Zaciekawiony chłopak podszedł bliżej. Minęła mu cała złość.
- Skąd je masz? - usiadł, tak jak ona, na przeciwko niej.
- Ich też porzucili rodzice - pogłaskała białego króliczka. Drugiego wziął na ręce jej brat
- Kolejne żarłoki do wyjadania marchwi - westchnął. - Bierzemy je do domu. Nie zostawię ich z moimi warzywami.
- Jak je nazwiemy? Ten twój ma łatkę na prawym uchu, a mój na łapce - usiadła na materacu obok brata.
- Uszek i Łapek - zaczął się śmiać i dostał łokciem w żebro. - Ała no! To ja cię karmię, wychowuję, uczę, a ty tak mi się odpłacasz? Jutro ty gotujesz.
- Wiesz, przecież, że nie umiem!
- Pora się nauczyć - położył się na siostrze i ziewnął. - Idę spać. Dobranoc.
- Gnieciesz mnie swoim pięciometrowym cielskiem. Złaź!
- Mam tylko dwa - przekręcił się na bok.
- Tęsknię za mamą.
- Ja też.
- Dobranoc?
- Dobranoc.
~~~~~~
Autorka: Dusia
Maksymilian i Marika:
![]() |
| MAKSYMILIAN |
![]() |
| MARIKA |


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Autorzy lubią czytać komentarze, najlepiej szczere, bo wtedy mogą się czegoś nauczyć.