Mieszkam w Khewes, stolicy Arnoru. Moja matka wraz z ojcem prowadzą warsztat, w którym naprawiają dorożki, karoce i lektyki bogatych mieszczan. Odkąd pamiętam, byłam nakłaniana do pomagania przy pracy, za czym specjalnie nie przepadałam. No dobra, powiedzmy sobie szczerze- nienawidziłam tego.
Dziś jest święto plonów, więc bramy mojego miasta zostały otwarte dla wszystkich podróżników. Cały dzień i całą noc, ulice będą tętniły życiem, przekupy z bazaru postawiały swoje stragany wzdłuż głównej ulicy i na placu, każdy znajdzie więc sposobność do zabawy, najedzenia się i napicia za darmo. Czyż to nie piękna okazja do tego, by w końcu uciec z domu?
Spojrzałam w lustro i poprawiłam swój strój. Miałam na sobie skromną lnianą suknię za kostki, pod którą skrywał się strój podróżny. Wygodne spodnie, przepaska, pas ze sztyletami i koszula z grubego płótna. Czy aby na pewno nic nie widać? Obróciłam się dookoła własnej osi, obserwując uważnie odbicie w lustrze.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniłam samą siebie - nikt cię już nie powstrzyma.
Narzuciłam na siebie cienką pelerynę i zeszłam do głównego pokoju, w którym siedziała moja matka. Siedziała na bujanym krześle i wpatrywała się w ścianę, jakby szukała na niej odpowiedzi na jakieś pytanie.
Zignorowałam ją i zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu ojca.
- Gdzie jest Zimma? - matka zamrugała kilka razy i zrobiła zaskoczoną minę, dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że od kilku godzin siedzi na prześle i nie robi nic, poza wlepianiem wzroku w ścianę. . . - Mamo, gdzie jest ojciec.
- W warsztacie - Zaczęłam iść w kierunku ostatnich drzwi, za którymi mieścił się warsztat - Kasanno, czy mogłabyś go poprosić by w końcu przestał tak tłuc tym młotkiem?
Zatrzymałam się. W domu panowała idealna cisza. Czyżby moja matka do reszty postradała zmysły? Westchnęłam cicho i pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam. Nie miałam zamiaru wyprowadzać jej z błędu, nie miało to zresztą sensu, zaraz znów zacznie słyszeć dźwięki, widzieć osoby, czuć ból, którego nie ma...
Weszłam do warsztatu i krzyknęłam do ojca, by przestał hałasować.
- Przecież nic nie robię! Powiedz matce, że nic do cholery jasnej się nie dzieje! Zrób z tym coś Kasanno, bo ja mam tego serdecznie dosyć!
Ja też... W milczeniu podeszłam do niego i uścisnęłam mu dłoń. Spojrzał na mnie nie do końca rozumiejąc co robię.
- Nie szukajcie mnie. Jeśli wojskowi zaczną mnie szukać, mogą odkryć, że mnie tu chowaliście i matce mogłaby stać się krzywda. Tobie też starcze. Uznajmy więc, że umarłam i pochowaliście mnie tak, jak to robią wasi przodkowie, czyli zatopiliście moje zwłoki z tej małej zatoce. Czy to jasne?
- Kasanno, ale...
- Nie zmienię zdania. Idę na front.
Chciał coś powiedzieć, pożegnać się, ale przerwałam mu znaczącym gestem dłoni i wyszłam przez tylne drzwi. Nie oglądałam się za siebie, ten rozdział już zamknęłam, nie lubiłam wylewnych pożegnań, uścisków, płaczu i tym podobnych sentymentalnych zachowań. I tak wiem, ze to nie są moi prawdziwi rodzice. Właśnie dlatego muszę ich opuścić, nie wiem dlaczego zabrali mnie zza murów stolicy.
Po cholerę się tak narażali królowi.
Prychnęłam głośno z pogardą. Mogli zginąć, gdyby ktoś się dowiedział, że jestem Kotołakiem.
Zgodnie z rozporządzeniem władcy sprzed piętnastu lat- "Wszystkie Dzieci Nocy, Magowie i inne stwory nieludzkie- zostają skazane na śmierć, za podżeganie do buntu, przeciwko naszemu miłościwemu władcy, Sorakowi. wyrok ma zostać wykonany poprzez doszczętne spalenie w miejscu publicznym, by nie było możliwości o ucieczce, czy też regeneracji..." Krótko, zwięźle i na temat o moim losie, jeśli dam się złapać strażnikom.
Wniesienie mnie do miasta, gdy miałam dwa lata było pewnie o wiele prostsze, niż wydostanie się z niego szesnaście wiosen później. Dlatego czekałam, aż zacznie się święto. Wtedy stolica stanie otworem dla wszystkich podróżników, będzie można tu wejść, zabawić się i wrócić do swojej wioski. Nieco beztroskie święto, biorąc pod uwagę, że mamy wojnę.
Nie boją się ataku Dzieci Nocy? Przecież Nikka może przyprowadzić tutaj swój oddział i wedrzeć się do stolicy... Mogłaby dzięki temu w końcu zwyciężyć z królem.
Pomimo wysokiej temperatury założyłam na głowę kaptur, by nie było widać moich oczu. Będę się zastanawiać nad wojną, gdy uda mi się stąd wydostać.
Od kilku dni zaczynałam tracić kontrolę nad swoimi przemianami. Zwykle szłam do slumsów i szukałam zaułka, w którym nikt by mnie nie mógł nakryć. Tam ćwiczyłam przemiany, walki w ciele kotołaka, walki w ciele człowieka sama sobie załatwiałam, zaczepiając podejrzanych typów. Przez pierwsze lata tego treningu chodziłam wiecznie poobijana, nie było dnia, bym nie narobiła sobie nowych ran i siniaków. Jednak gdy doszłam już do wprawy w dysponowaniu swoją siłą, mogłam pokonać każdego człowieka. . .
- Uważaj jak chodzisz dziwko! - wpadłam na jakąś kobietę i rozsypałam zawartość jej koszyka. Jabłka potoczyły się po bruku niknąc między nogami licznych przechodniów - I kto mi teraz za to zapłaci?
- Najmocniej przepraszam - Żadnych konfliktów Kasanno, żadnego wychylania się, tak? Nie potrafisz nawet chodzić...- już to zbieram.
Uklęknęłam na ulicy i zaczęłam wkładać do koszyka jabłka, które nie poturlały się hen daleko w siną dal... Karciłam się w duchu, gdy oddawałam tej kobiecie trzy srebrne monety, jako "rekompensatę strat" . Tak skrzętnie odkładałam pieniądze, tak ciężko na nie pracowałam, a teraz tracę trzy srebrniki, bo wpadłam na to tłuste cielsko, które nie wiem czy bym wyminęła nawet, gdybym wcześniej patrzyła gdzie idę...
Ukłoniłam się na odchodnym, by ją udobruchać i, tym razem ostrożniej, ruszyłam w stronę głównej bramy.
*****
Strażnicy zobaczywszy, że nie mam nawet bagażu, nie zaprzątali sobie głowy przeszukiwaniem. Spytali czy mi się podobało w mieście i gdzie teraz idę.
- Och, było bajecznie, macie niesamowite miasto do pilnowania moi mili. Wracam teraz do matki, pewnie się już niepokoi, przyszłam na święto bez jej zgody...
- Proszę się nie martwić, już panią przepuszczamy Panno...
- Julio. - uśmiechnęłam się słodko, pochylając głowę.
Nie patrz mi w oczy, nie patrz mi w oczy, błagam, nie patrz mi w oczy bałwanie, puść mnie po prostu!
- Piękne imię dla pięknej Kobiety. Czy wróci tu pani kiedyś?
- Dla Pana? Z pewnością...
Miałam już tego dość, chciałam przegryźć jego gardło, wyszarpać flaki i lać, lać lać, aż zostanie z niego krwawa miazga. Co za wyjątkowo głupi człowiek.
Przeszłam obok niego i wyszłam poza bramę. Znalazłam się poza Khewes, w jednej chwili kończąc swój spokojny żywot.
Czas iść na front.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Autorka: Katarzyna Zduniak
Tak mniej więcej wygląda Kasanna po przemianie:
Dziś jest święto plonów, więc bramy mojego miasta zostały otwarte dla wszystkich podróżników. Cały dzień i całą noc, ulice będą tętniły życiem, przekupy z bazaru postawiały swoje stragany wzdłuż głównej ulicy i na placu, każdy znajdzie więc sposobność do zabawy, najedzenia się i napicia za darmo. Czyż to nie piękna okazja do tego, by w końcu uciec z domu?
Spojrzałam w lustro i poprawiłam swój strój. Miałam na sobie skromną lnianą suknię za kostki, pod którą skrywał się strój podróżny. Wygodne spodnie, przepaska, pas ze sztyletami i koszula z grubego płótna. Czy aby na pewno nic nie widać? Obróciłam się dookoła własnej osi, obserwując uważnie odbicie w lustrze.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniłam samą siebie - nikt cię już nie powstrzyma.
Narzuciłam na siebie cienką pelerynę i zeszłam do głównego pokoju, w którym siedziała moja matka. Siedziała na bujanym krześle i wpatrywała się w ścianę, jakby szukała na niej odpowiedzi na jakieś pytanie.
Zignorowałam ją i zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu ojca.
- Gdzie jest Zimma? - matka zamrugała kilka razy i zrobiła zaskoczoną minę, dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że od kilku godzin siedzi na prześle i nie robi nic, poza wlepianiem wzroku w ścianę. . . - Mamo, gdzie jest ojciec.
- W warsztacie - Zaczęłam iść w kierunku ostatnich drzwi, za którymi mieścił się warsztat - Kasanno, czy mogłabyś go poprosić by w końcu przestał tak tłuc tym młotkiem?
Zatrzymałam się. W domu panowała idealna cisza. Czyżby moja matka do reszty postradała zmysły? Westchnęłam cicho i pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam. Nie miałam zamiaru wyprowadzać jej z błędu, nie miało to zresztą sensu, zaraz znów zacznie słyszeć dźwięki, widzieć osoby, czuć ból, którego nie ma...
Weszłam do warsztatu i krzyknęłam do ojca, by przestał hałasować.
- Przecież nic nie robię! Powiedz matce, że nic do cholery jasnej się nie dzieje! Zrób z tym coś Kasanno, bo ja mam tego serdecznie dosyć!
Ja też... W milczeniu podeszłam do niego i uścisnęłam mu dłoń. Spojrzał na mnie nie do końca rozumiejąc co robię.
- Nie szukajcie mnie. Jeśli wojskowi zaczną mnie szukać, mogą odkryć, że mnie tu chowaliście i matce mogłaby stać się krzywda. Tobie też starcze. Uznajmy więc, że umarłam i pochowaliście mnie tak, jak to robią wasi przodkowie, czyli zatopiliście moje zwłoki z tej małej zatoce. Czy to jasne?
- Kasanno, ale...
- Nie zmienię zdania. Idę na front.
Chciał coś powiedzieć, pożegnać się, ale przerwałam mu znaczącym gestem dłoni i wyszłam przez tylne drzwi. Nie oglądałam się za siebie, ten rozdział już zamknęłam, nie lubiłam wylewnych pożegnań, uścisków, płaczu i tym podobnych sentymentalnych zachowań. I tak wiem, ze to nie są moi prawdziwi rodzice. Właśnie dlatego muszę ich opuścić, nie wiem dlaczego zabrali mnie zza murów stolicy.
Po cholerę się tak narażali królowi.
Prychnęłam głośno z pogardą. Mogli zginąć, gdyby ktoś się dowiedział, że jestem Kotołakiem.
Zgodnie z rozporządzeniem władcy sprzed piętnastu lat- "Wszystkie Dzieci Nocy, Magowie i inne stwory nieludzkie- zostają skazane na śmierć, za podżeganie do buntu, przeciwko naszemu miłościwemu władcy, Sorakowi. wyrok ma zostać wykonany poprzez doszczętne spalenie w miejscu publicznym, by nie było możliwości o ucieczce, czy też regeneracji..." Krótko, zwięźle i na temat o moim losie, jeśli dam się złapać strażnikom.
Wniesienie mnie do miasta, gdy miałam dwa lata było pewnie o wiele prostsze, niż wydostanie się z niego szesnaście wiosen później. Dlatego czekałam, aż zacznie się święto. Wtedy stolica stanie otworem dla wszystkich podróżników, będzie można tu wejść, zabawić się i wrócić do swojej wioski. Nieco beztroskie święto, biorąc pod uwagę, że mamy wojnę.
Nie boją się ataku Dzieci Nocy? Przecież Nikka może przyprowadzić tutaj swój oddział i wedrzeć się do stolicy... Mogłaby dzięki temu w końcu zwyciężyć z królem.
Pomimo wysokiej temperatury założyłam na głowę kaptur, by nie było widać moich oczu. Będę się zastanawiać nad wojną, gdy uda mi się stąd wydostać.
Od kilku dni zaczynałam tracić kontrolę nad swoimi przemianami. Zwykle szłam do slumsów i szukałam zaułka, w którym nikt by mnie nie mógł nakryć. Tam ćwiczyłam przemiany, walki w ciele kotołaka, walki w ciele człowieka sama sobie załatwiałam, zaczepiając podejrzanych typów. Przez pierwsze lata tego treningu chodziłam wiecznie poobijana, nie było dnia, bym nie narobiła sobie nowych ran i siniaków. Jednak gdy doszłam już do wprawy w dysponowaniu swoją siłą, mogłam pokonać każdego człowieka. . .
- Uważaj jak chodzisz dziwko! - wpadłam na jakąś kobietę i rozsypałam zawartość jej koszyka. Jabłka potoczyły się po bruku niknąc między nogami licznych przechodniów - I kto mi teraz za to zapłaci?
- Najmocniej przepraszam - Żadnych konfliktów Kasanno, żadnego wychylania się, tak? Nie potrafisz nawet chodzić...- już to zbieram.
Uklęknęłam na ulicy i zaczęłam wkładać do koszyka jabłka, które nie poturlały się hen daleko w siną dal... Karciłam się w duchu, gdy oddawałam tej kobiecie trzy srebrne monety, jako "rekompensatę strat" . Tak skrzętnie odkładałam pieniądze, tak ciężko na nie pracowałam, a teraz tracę trzy srebrniki, bo wpadłam na to tłuste cielsko, które nie wiem czy bym wyminęła nawet, gdybym wcześniej patrzyła gdzie idę...
Ukłoniłam się na odchodnym, by ją udobruchać i, tym razem ostrożniej, ruszyłam w stronę głównej bramy.
*****
Strażnicy zobaczywszy, że nie mam nawet bagażu, nie zaprzątali sobie głowy przeszukiwaniem. Spytali czy mi się podobało w mieście i gdzie teraz idę.
- Och, było bajecznie, macie niesamowite miasto do pilnowania moi mili. Wracam teraz do matki, pewnie się już niepokoi, przyszłam na święto bez jej zgody...
- Proszę się nie martwić, już panią przepuszczamy Panno...
- Julio. - uśmiechnęłam się słodko, pochylając głowę.
Nie patrz mi w oczy, nie patrz mi w oczy, błagam, nie patrz mi w oczy bałwanie, puść mnie po prostu!
- Piękne imię dla pięknej Kobiety. Czy wróci tu pani kiedyś?
- Dla Pana? Z pewnością...
Miałam już tego dość, chciałam przegryźć jego gardło, wyszarpać flaki i lać, lać lać, aż zostanie z niego krwawa miazga. Co za wyjątkowo głupi człowiek.
Przeszłam obok niego i wyszłam poza bramę. Znalazłam się poza Khewes, w jednej chwili kończąc swój spokojny żywot.
Czas iść na front.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Autorka: Katarzyna Zduniak
Tak mniej więcej wygląda Kasanna po przemianie:
![]() |
| Kasanna |

Widzę, że jednak coś z tego wyszło, mam nadzieję, że dalej będzie Wam tak świetnie szło! /A.
OdpowiedzUsuńDziękujemy :D
Usuń